Reklama

Kongres: Co gryzie polskie miasta?

fot. Elżbieta Skowron
fot. Elżbieta Skowron

"Brud, smród, gentryfikacja i zblatowanie elit" - w tej wyliczance jednej z uczestniczek Kongresu Ruchów Miejskich w Poznaniu mogli zobaczyć swoje problemy prawie wszyscy delegaci z dużych miast. Polskie metropolie przeżywają okres gwałtownego rozwoju. Często niestety inwestując bez namysłu i gubiąc mieszkańców w okolicznych gminach.

Już na początku Kongresu około stu delegatów z różnych miast przekonało się, że ich problemy są do siebie bardzo podobne. Po raz pierwszy spotkali się przy jednym stole w Poznaniu, aby zobaczyć, co mogą zdziałać razem. - Po pierwsze, chodzi o nawiązanie kontaktów i zacieśnienie współpracy - mówi Lech Mergler ze Stowarzyszenia My-Poznaniacy. - Po drugie, chcemy sobie odpowiedzieć na pytanie: czy jesteśmy postawić kwestie miejskie przed wyborami? Dziś pozostają one tak naprawdę dla polityków, jak i mediów, na bocznym torze - dodaje.

- To kongres, który ma wyartykułować potrzeby mieszkańców - stwierdził na jego początku szef Stow. My-Poznaniacy Andrzej Białas. Gdy delegaci zaczynali artykułować, co w ich mieście nie działa tak jak trzeba, dopiero co poznani koledzy potakiwali: - No przecież to tak jak u nas! - Arogancja urzędników, życie wysysane z centrów przez galerie handlowe, ucieczka mieszkańców przed podwyżkami czynszów i niekontrolowany rozrost przedmieść. Wszystkie polskie miasta są jednak dotknięte tymi problemami w różnym stopniu.

- Budować, budować, gonić, gonić! Według takiej zasady władze Gdańska traktują dziś większość inwestycji -
stwierdziła podczas obrad Lidia Makowska ze Stowarzyszenia Kultura Miejska. - Ale brakuje im niestety wiedzy o urbanistycznych procesach, które tworzą miasto. Co gorsza, oni nie szukają tej wiedzy - dodała. Co się konkretnie nie podoba delegatom z Gdańska? - Np. planowane wieżowce przy plaży. Będziemy je widzieć z każdego punktu Trójmiasta. Tracimy w ten sposób nasze rodowe srebra! - alarmowali.

O spektakularnych, ale niekoniecznie potrzebnych inwestycjach w swoim mieście mówił też Sopot. Tamtejsi działacze mieli jednak czym wzbudzić zazdrość kolegów innych miast. 1 proc. budżetu Sopotu, 3 mln zł, zostanie rozdysponowana przez samych mieszkańców, zgodnie z zasadami budżetu partycypacyjnego - wynalazku znanego od lat w alterlobalistycznym Porto Alegre, o którym w Polsce i w Poznaniu dopiero zaczyna się dyskutować.

W delegacji trójmiejskiej na Kongres znalazła się także 46-tysięczna Rumia. To nieco większa miejscowość od Sopotu, pełniąca dziś funkcję sypialni Trójmiasta. Ten status niekoniecznie dziś zadowala jej mieszkańców. - Jesteśmy typowym podmiejskim ośrodkiem. W mieście brakuje np. sprecyzowanego centrum. Do tego dzisiejsze granice administracyjne nie odpowiadają zupełnie rzeczywistości - żalili się na kongresie. Chociaż 80 proc. jej mieszkańców dojeżdża codziennie uczyć się lub pracować do Gdańska lub Gdyni, Rumia nie należy do Trójmiasta, ale do powiatu wejherowskiego. - Stoimy przed wyborem: albo zgodzić się na wchłonięcie, albo co trudniejsze, ale bardziej sensowne, budować aglomerację - wyjaśniali. I chociaż trojmiejska aglomeracja jest pod pewnymi względami najbardziej zaawansowana w Polsce, np. ma już szybką koleją metropolitalną, jej integracja budzi konflikty. Ambitna Gdynia boi się dyktatu tylko trochę od siebie większego Gdańska. To nie jedyny paradoks Trójmiasta. - Jeśli spojrzeć na Wrzeszcz, zachodnią dzielnicę Gdańska, pod względem urbanistycznym wygląda jak osobne miasto względem historycznego centrum Gdańska, tak samo jak Gdynia czy Sopot - mówiła Lidia Makowska.

Kolejną wielobiegunową jak Trójmiasto aglomeracją jest Silesia, czyli ponad 2-milionowy konglomerat miejscowości Górnego Śląska. I tu integracja nie idzie zbyt łatwo. - Mamy 14 miast średniej wielkości, które tworzą w zasadzie wspólną przestrzeń zurbanizowaną - mówił na kongresie Marek Janik z Katowic. - Granice między tymi miastami są w zasadzie nieuchwytne, natomiast każde z nich jest zarządzane jako osobna gmina na prawach powiatu. Co więcej, zasadą działania jest dziś bardziej konkurowanie ze sobą poszczególnych miast niż współpraca, co jak państwo domyślacie się, przynosi skutki raczej opłakane - wyjaśniał. Według Janika, brakuje dziś rzeczywistej woli przeistoczenia aglomeracji górnośląskiej w związek metropolitalny. W Silesii udało się wprawdzie stworzyć jeden bilet komunikacji miejskiej, ale wciąż nie jest łatwo dojechać z nim z jednego końca aglomeracji na drugi. Polityka transportowa miast jest różna. Jednym z miejscowych absurdów jest niedawna likwidacja ostatniej linii tramwajowej w Gliwicach. Władze miały to uzasadniać nierentownością tramwajów i względami ekologicznymi (sic!). Torowiska przeszkadzały też kierowcom samochodów.

Okazuje się, że polskie miasta lubią inwestować w pomysły piramidalne. Poznańskiemu magistratowi od lat społecznicy nie mogą wybaczyć, że wydał ponad 200 mln zł na Termy, które mogły być stawiane przez prywatnego inwestora. Ale co ma powiedzieć Koszalin? - Dochody naszego miasta to ok. 300 mln zł, a nasze władze wymyśliły, że zainwestują setki milionów w lotnisko. Czy ktoś się zastanawiał, czy warto? Naszym problemem jest mała dostępność, ale czy lekarstwem na to są akurat samoloty? - mówił Gall Podlaszewski z Koszalina. Działacz ze Szczecina żartował później, że jego miastu most powietrzny do stolicy by się nawet przydał, bo nie można do niej w żaden sposób dojechać. - Promy do Danii odpływają ze Szczecina cztery razy w tygodniu. Do Warszawy nie mamy żadnego - wyjaśniał. Tymczasem łatwy dostęp do środków unijnych pozwala urzędnikom wymyślać jeszcze bardziej fantazyjne pomysły, niż linie promowe Szczecin-Warszawa. Olsztyn zbudował sobie np. betonowy mostek nad jeziorkiem za 4 mln zł. - Podczas gdy budżet kulturalny naszego miasta to 1 mln zł! - żalili się przedstawiciele Olsztyna. Piramidalne mogą być też projekty kulturalne. - Łódź jest miastem wielkich festiwali, a nie ogólnodostępnej kultury dostępnej dla każdego mieszkańca - mówiła Hanna Gill-Piątek z Krytyki Politycznej. - I tak nakłady na kulturę w Łodzi pozostają w nierównowadze do wielkich inwestycji sportowych i rozrywkowych. Np. dwa stadiony, które niedługo będziemy mieć - dodała. Tą samą dysproporcję wydatków widać też w miastach z tylko jednym nowym stadionem.

Więcej kultury i centrów IT! - apelują od lat poznaniacy, zaniepokojeni kierunkami rozwoju swojego miasta. A mieszkańcy Krakowa zaczynają mieć tego całego ukulturalnienia i świadczenia usług dla zagranicznych koncernów serdecznie dosyć. - To miasto służy inwestorom, a nie mieszkańcom - zwrócił uwagę Artur Juszczyk z krakowskiej Federacji Anarchistycznej. Jeszcze większy problem z inwestorami doskwiera mieszkańcom Łodzi. - Zasadą funkcjonowania łódzkiej strefy ekonomicznej jest praca za jak najniższe pieniądze - mówiła Hanna Gill-Piątek. - Niemałą rolę mają w tym firmy pośrednictwa pracy. Płace są takie, że ludziom nie starcza na podstawowe potrzeby - wyjaśniała. Okazuje się, że i łodzianie nie mają pod tym względem jeszcze najgorzej. - 60 proc. naszej strefy ekonomicznej dostały Siostry Elżbietanki jako ekwiwalent za utracone ziemie. I kto tam teraz zainwestuje? - żaliła się przedstawicielka organizacji z Opola.

Łódź i Opole łączy dziś też bardzo szybki ubytek mieszkańców. Młodzi ludzie z Łodzi chcą robić karierę w Warszawie, a z Opola ich wysysają Wrocław i Katowice. - Łódź można określić jako miasto znikające, również w sensie symbolicznym. Można to zobaczyć w raporcie Polska 2030, na mapach pogody, jak i w sensie faktycznym - mówiła Hanna Gill-Piątek.

A co krakowiacy widzą złego w kulturze? Chodzi o negatywne skutki udanej rewitalizacji. Na Kazimierz, jeszcze 10-15 lat temu dzielnicę mniej popularną i o nie najlepszej sławie, zaczęły wprowadzać się galerie sztuki, kafejki, klubo-księgarnie i ogródki piwne. Czyli to wszystko, co w Poznaniu odmienia się obecnie przez wszystkie przypadki w debacie na temat ożywienia podupadającego centrum miasta. Dziś Kazimierz już nie upada, jednak efektem ubocznym rewitalizacji jest gentryfikacja: czynsze kamienic rosną, co zmusza do przeprowadzki starych mieszkańców i rozbija dawną miejską społeczność. Gentryfikacja dociera też na poznańskie Stare Miasto czy Śródkę.

Jeszcze nie wszystkie polskie miasta są na etapie zmagania się z efektami przeprowadzonej rewitalizacji. W wielu postępuje na razie dewastacja przestrzeni centrum. Życie z ul. Piotrowskiej w Łodzi, tak jak z ulic handlowych Poznania, wysysają nowe centra handlowe, które według organizacji społecznych wprawdzie imitują przestrzeń miejską, ale do mieszkańców nie należą. Nie można w nich np. roznosić ulotek i demonstrować, a o określonej godzinie są po prostu zamykane. Historyczne centra wielu miast popadają przez nie w ruinę. Sypią się zwłaszcza stare kamienice. Kraków, podobnie jak Poznań, to miasto w którym straszą setki pustostanów, pozostające w zasobach miejskich. W Opolu popadają w ruinę nieruchomości należące do wypędzanej przez PRL-owskie władze mniejszości niemieckiej. W Łodzi niszczeje mienie pożydowskie. W tym mieście są na porządku dziennym zgody na wyburzenia zabytków. A w samym śródmieściu Łodzi funkcjonuje kilkanaście enklaw biedy, w których ponad 30 proc. mieszkańców pobiera zasiłki z opieki społecznej. - W zakresie polityki społecznej, u nas jest hardcore - stwierdziła Hanna Gill-Piątek z Łodzi. - Łódź jest miastem, w którym pieniądze na opiekę społeczną kończą się trzy miesiące przed zakończeniem roku, a ilość opiekunów społecznych odwiedzających mieszkańców wynosi 10 - dodała. Łódzkie problemy dobrze obrazuje fakt, że miejscowi pracownicy opieki społecznej wnioskowali nawet o przeprowadzenie referendum w sprawie odwołania prezydenta miasta.

Władze polskich metropolii nie lubią rozmawiać z mieszkańcami. - W Krakowie organizuje się konsultacje społeczne na takiej zasadzie jak te w sprawie elektrowni atomowej: wynik jest dobrze znany jeszcze przed ich rozpoczęciem - mówił Artur Juszczyk z Federacji Anarchistycznej. - A u nas jedynym skutecznym środkiem nacisku na władze są kibice obu drużyn: Widzewa i ŁKS-u - kończyła z żalem Gill-Piątek. W polskich miastach mieszkańcy miewają wpływ na ważne decyzje, np. w sprawie zabudowywania klinów zieleni, ale nie za pośrednictwem normalnych procedur i rozmów z urzędnikami, ale przez zmasowane akcje demonstracyjne, połączone z działaniami PR-owymi. W ten sposób udało im się np. uchronić niektóre tereny zielone w Krakowie czy Poznaniu. Partycypacja społeczna rozwija się za to nieźle w Warszawie, ale wciąż głównie w określonych dziedzinach, np. polityce kulturalnej. - W przeciwieństwie do Poznania, co wiem, bo często przebywam w tym mieście, warszawscy urzędnicy nie są nieżyczliwi jako całość. Coraz więcej jest osób, które są skłonne przeprowadzać artystów czy aktywistów przez serię procedur - mówiła działaczka warszawskiej organizacji Duopolis. Mieszkańcy innych regionów tego szczęścia nie mają. - Kiedy słyszę od wielu z państwa o autorytarności władz (...) mógłbym podpisać się pod każdą z wypowiedzi, zmieniając tylko nazwę miasta - mówił Marek Janik z Katowic. - Problem jest powszechny. Prezydent autorytarnie rządząc miastem otacza się osobami, które są po prostu bierne, nie konkurują i potakują. To jest właśnie Kacykoza władz, o której pisał Andrzej Jarczewski - wyjaśniał.

Ciekawie wygląda izolacja władz z perspektywy Warszawy. - Największą bolączką miast jest dominacja partii - dowodziła Joanna Mazgajska. - Po ostatnich wyborach Platforma Obywatelska ma większość głosów w radzie Warszawy. Ma swoją prezydent, która jest szefową partyjną, a więc inni członkowie muszą wykonywać jej polecenia. Kolejny organ nadzoru to wojewoda mazowiecki z PO i dalej premier z tej samej partii - wyliczała. - Myślę, że w miastach, gdzie decyzje nie zapadają w obrębie jednego ugrupowania, mimo wszystko jest lepiej, bo dochodzi do jakiegokolwiek antagonizmu - dodała na koniec. Czy zdaniem poznańskich działaczy to, że prezydent Ryszard Grobelny nie należy już do PO, chroni miasto przed monopolizacją władzy? - Nie przeceniałbym tego faktu. Przepychanki między prezydentem, a PO i grożenie, że może zorganizują referendum za jego odwołaniem, a może nie, to wszystko zwykła gra pod publiczkę - stwierdził w kuluarach jeden z członków Stow. My-Poznaniacy.

A Wrocławia nic nie gryzie! - Takie można było odnieść wrażenie po najkrótszym wystąpieniu delegata z Dolnego Śląska. - My tworzymy pomysły i oddajemy je urzędnikom za darmo. I okazuje się, że są realizowane! Sukces przecież może mieć wielu ojców - mówił Przemysław Filar z Towarzystwa Upiększania Miasta Wrocławia. Niewymienienie przez wrocławian żadnego problemu wzbudziło na sali pewne zakłopotanie. Przemysław Filar musiał więc być przez nas poproszony na korytarzu o dodatkowe wyjaśnienia. Czy we Wrocławiu nie ma problemów? - Tak naprawdę sytuacja jest porównywalna z innymi miastami - odpowiada Filar. - Trzeba działać. My np. prowadzimy z radą miasta i Towarzystwem Urbanistów Polskich we Wrocławiu debaty w sali sesyjnej rady miasta. I podczas tych debat staramy się dyskutować na temat problemów, jakie u nas istnieją. Gdy mamy pomysł, po prostu go spisujemy i wrzucamy do mediów, czy na naszą stronę i czasem ktoś go wykorzystuje - wyjaśniał działacz z Wrocławia.

Stolica Dolnego Śląska ostatnio zadziwiła poznaniaków tym, że według danych GUS urosła w zeszłym roku o 280 mieszkańców, podczas gdy Poznań skurczył się o 2,6 tys., a Łódź o 1,6 tys. Czy zatrzymanie mieszkańców to jakiś priorytet prezydenta Wrocławia? - Tak naprawdę we Wrocławiu na ten temat się mówi dużo za mało - odpowiada nam Przemysław Filar. - Z zewnątrz może się wydawać, że jest całkiem okej, ale problem nadal istnieje. Mnóstwo ludzi się przeprowadza za miasto. Ale widać jeden albo dwa punkty, które mogą zatrzymać ten proces. Po pierwsze, dużo mówi się o tym, że warto żyć w śródmieściu. Tak jak w Poznaniu cały czas słyszymy, że mieszkanie w śródmieściu to problem, tak we Wrocławiu, pomimo tego, że infrastruktura śródmieścia jest dużo w gorszym stanie niż ta poznańska, tak naprawdę ludzie chcą tam mieszkać - wyjaśnia. - Druga rzecz to duże zmiany w dziedzinie rozwiązań komunikacyjnych - dodaje Filar.

O tym, co gryzie Poznań, piszemy na co dzień na epoznan.pl: - Zapaść centrum miasta i nadmierny rozrost przedmieść (...) postępująca niewydolność komunikacyjna aglomeracji (...) dewastacja przestrzeni publicznej (...) problem skostniałego światka elit i urzędników poznańskich - wyliczał w imieniu miejscowych organizacji Paweł Sowa ze Stow. Inwestycje dla Poznania. Lech Mergler po obradach: - Na kongresie łatwo można zauważyć grupę miast czekoladowych, prosperujących, chociaż w tym samozadowoleniu też jest często dużo ściemy. Inne walczą o byt. My na szczęscie walczymy o jakość miasta.

Reklama

Najczęściej czytane w tym tygodniu

Dziś w Poznaniu

23℃
15℃
Poziom opadów:
0.2 mm
Wiatr do:
12 km
Stan powietrza
PM2.5
7.69 μg/m3
Bardzo dobry
Zobacz pogodę na jutro