Próbowała zabić współlokatorkę zadając jej kilkanaście ciosów nożem. Szokująca sprawa z poznańskiego Łazarza
To historia z listopada ubiegłego roku.
20 listopada 2025 roku pisaliśmy na epoznan.pl o akcji służb ratunkowych przy ulicy Kolejowej w Poznaniu. - Jest dużo policji, wszystko huczy - pisał do nas Czytelnik. Jak wówczas nam przekazano, zgłoszenie miało dotyczyć awantury domowej. Policjanci wstępnie ustalili, że doszło do kłótni i rękoczynów między dwiema kobietami.
Okazuje się, że sytuacja była bardziej szokująca i nie była to żadna awantura między współlokatorkami. Do szczegółów dotarła Gazeta Wyborcza. Gdy do mieszkania weszli policjanci wezwani przez sąsiadów, którzy usłyszeli krzyki, ich oczom ukazał się dramatyczny widok. Zakrwawiona kobieta leżała w kałuży krwi. Miała rany kłute pleców, głowy, przebite płuco i przeciętą szyję. W szpitalu jej serce stanęło, ale udało się ją uratować. Po przetoczeniu jej 32 jednostek krwi, walczyła o życie. Udało się, po pewnym czasie powoli zaczęła dochodzić do siebie.
Z informacji od poszkodowanej kobiety wynika, że w studenckim mieszkaniu na Łazarzu zamieszkała trzy lata temu. Mieszkały w nim jeszcze dwie kobiety, w tym ta, która ją zaatakowała. Każdy pokój był zamykany na klucz, wspólna była jedynie łazienka. Kobieta, która zaatakowała poszkodowaną, mieszkała w nim od dwóch miesięcy. Feralnego dnia w mieszkaniu nie działał internet. To nie podobało się współlokatorce poszkodowanej, dlatego poprosiła koleżankę o zadzwonienie do właścicielki mieszkania. W trakcie rozmowy telefonicznej napastniczka była agresywna, a gdy rozmowa się zakończyła - zaatakowała współlokatorkę.
Z relacji pokrzywdzonej wynika, że uderzała jej głową o ścianę, ugryzła ją w ucho, rękę i policzek, ciągnęła za włosy. Ofiara krzyczała, wzywając pomocy. Agresorka rozbiła ofierze lustro na głowie, odłamkiem raniła ją w szyję, a następnie nożem zadała kilkanaście ciosów w plecy. W końcu udało jej się wyrwać i zamknąć w swoim pokoju. Telefon został na korytarzu, więc przez okno wzywała pomocy. Wkrótce pojawiła się policja.
Do szpitala zabrano też napastniczkę. Trafiła na oddział psychiatryczny. Lekarzowi powiedziała, że chciała popełnić samobójstwo, po tym jak zorientowała się, co się stało. Twierdziła, że leczy się na depresję. Lekarka medycyny sądowej potwierdziła, że poszkodowana kobieta nie mogła sama zadać sobie ciosów nożem w plecy - potwierdzono, że to współlokatorka ją zaatakowała. Postawiono jej zarzut usiłowania zabójstwa.
Napastniczka twierdziła później, że była w alkoholowym ciągu. Badania potwierdziły, że w chwili ataku miała w organizmie alkohol. Wcześniej leczyła się psychiatrycznie, miała też do czynienia z narkotykami. Nie przyznała się do usiłowania zabójstwa. Śledztwo w tej sprawie trwa.
Inny aspekt tej sprawy to walka o porządek w dokumentacji medycznej. Ratownicy z karetki, która przyjechała na miejsce, wpisali do dokumentów "próbę samobójczą" poszkodowanej kobiety. Z takim samym opisem dokumentacja była przekazywana również w szpitalu i gdy kobieta opuściła lecznicę. Musiała miesiącami walczyć o to, by zapis zmieniono, a to istotne, bo dokumentację medyczną pokazuje wszystkim lekarzom specjalistom, z pomocy których korzysta, dochodząc do siebie.


