Mężczyzna wpadł pod lód na Jeziorze Strzeszyńskim. Na ratunek ruszył mu wędkarz
Do niebezpiecznej sytuacji doszło we wtorek.
O sprawie poinformował nas Czytelnik. Z jego relacji wynika, że wszystko rozgrywało się około 14:00. - Mężczyzna w odległości około 30 metrów od brzegu wpadł do przerębla i nie mógł się wydostać. Pomógł mu przypadkowy wędkarz, który, wyposażony w odpowiednie kolce, uratował nieodpowiedzialnego spacerowicza. Na brzegu, na miejskim kąpielisku, akurat trenowała grupa strażaków, która w drugiej kolejności udzieliła pomocy - opisuje. Mężczyzna miał być w wodzie około 7 minut. - Według strażaków, którzy brali udział w akcji, po mniej więcej 20 minutach w tej temperaturze wody takie zdarzenie kończy się zwykle śmiercią. Skończyło się na utracie butów i strachu, a nieszczęsny spacerowicz musiał wracać do domu autem na bosaka i w przemoczonym ubraniu. Słowa podziękowania należą się przytomnemu wędkarzowi - dodaje.
Mł. asp. Marcin Tecław z Komendy Miejskiej Państwowej Straży Pożarnej w Poznaniu potwierdza, że taka sytuacja miała miejsce we wtorek. - Nasi strażacy odbywali akurat ćwiczenia z nurkowania podlodowego na głównej plaży. W pewnym momencie zauważyli, że biegnie do nich mężczyzna, wybiegli więc w jego stronę. Przekazał im, że pod kimś zarwał się lód. Osoba ta jest w wodzie i nie może wydostać się na taflę - tłumaczy.
Po ratunek ruszył wędkarz, który najpierw sam chciał ratować spacerowicza, pod którym załamał się lód, ale ostatecznie wyposażył go w kolce lodowe, które miał przy sobie. Zorientował się, że w każdej chwili cienki lód w miejscu, w którym znajdował się mężczyzna w wodzie, może załamać się także pod nim. Wtedy pobiegł po strażaków, których widział w innej części zbiornika. - Strażacy, którzy byli na powierzchni, natychmiast zaczęli szykować się do akcji. Zaczęto też przygotowywać do ewentualnych działań nurków, którzy byli w tym momencie pod wodą. Strażacy byli około 300 metrów od mężczyzny w wodzie. Gdy dotarli do niego, ten był już na lodzie. Sam wydostał się z wody, ale przy pomocy sprzętu od wędkarza - dodaje Tecław.
Gdy strażacy dobiegli do przemoczonego człowieka, ten nie chciał od nich pomocy. Stwierdził, że nic się nie stało i że w aucie ma suche ubrania. Mimo to strażacy wezwali do niego karetkę. Odprowadzili go do samochodu, sprawdzili, czy się przebrał, a następnie mężczyzna po prostu odjechał. Wówczas karetkę odwołano. - Okazało się, że wędkarzem, który uratował go, wręczając mu kolce lodowe, był emerytowany strażak. Jak zapewnił, zawsze wybiera się na ryby na zamarznięte akweny, wyposażony w kamizelkę asekuracyjną czy właśnie kolce lodowe. Jest więc przygotowany na różne ewentualności - podkreśla.
Ostatecznie poszkodowany mężczyzna po dwóch godzinach wrócił nad jezioro i podziękował wędkarzowi, który mu pomógł. - To na pewno historia ku przestrodze. Zamarznięte zbiorniki wodne nie są bezpieczne. Ten człowiek nie przyszedł nawet na ryby, chciał po prostu pospacerować po zamarzniętej tafli. Trafił na oparzelisko, a więc miejsce, gdzie lód był wyjątkowo cienki. To mogło się skończyć tragicznie - kończy Tecław.

