Reklama

Dziennikarzem się nie bywa, dziennikarzem się jest

fot. ZTM
fot. ZTM

O dziennikarstwie, życiu, Poznaniu i rodzinie. Roman Wawrzyniak, menedżer roku Grupy Medialnej WTK, szef redakcji i prowadzący Pulsu Dnia opowiada o swojej drodze zawodowej, życiowych wyborach, wzlotach i upadkach oraz o telewizji widzianej oczami zawodowca.

Szczepan Szłapka: Szef redakcji serwisu informacyjnego i główny prowadzący - brzmi dumnie. Do tego tytuł menedżera roku i tworzenie nowej jakości telewizji regionalnej na barkach. Droga do tego miejsca, w którym teraz się znalazłeś nie była chyba prosta i lekka...

Roman Wawrzyniak: Zaczęło się dosyć zabawnie. Radio, wtedy jeszcze "S", szukało kogoś do pracy w serwisie informacyjnym. Trafiłem tam na przesłuchania, a że pracowałem i uczyłem się to mogłem tam chodzić tylko wieczorami. Bywało, że praktyki kończyłem o pierwszej, czy drugiej w nocy.

Sz.Sz.: Zaczynałeś z wysokiego "c", czy może początki nie były różowe?

R.W.: Oprócz zwykłej pracy nad tekstami i redagowaniem informacji, w końcu przyszedł moment na czytanie serwisów. Okazało się, że ja, wtedy student wydziału wokalno - aktorskiego, który po dwóch latach ćwiczeń dykcji myślał, że jest już mistrzem świata, szybko poznał swoje miejsce w szeregu. Joanna Molewska, ówczesny szef serwisu informacyjnego, pokazała mi, jakie popełniam błędy i ile ich popełniam. Ale przy ciężkiej pracy były to rzeczy do poprawienia i nieopatrznie udało mi się tę robotę dostać. Na początku była to praca wypełniacza, ale za razem świetna szkoła zawodu. Nie było łatwo, była to praca w systemie trzyzmianowym, powiedziałbym, że pracowałem jak w kopalni albo fabryce.

Sz.Sz.: Wtedy byłeś jeszcze studentem. Jak dałeś radę pogodzić pracę zawodową z dziennymi studiami?

R.W.: Nie ukrywam, było to dosyć męczące. Zdarzało mi się o piątej kłaść do łóżka po nocnych serwisach, a o dziewiątej musiałem już być na uczelni i to na zajęciach np. teatralnych, gdzie trzeba było się też fizycznie angażować. Do dziś jestem wdzięczny profesorom, że czasami patrzyli na mnie łaskawym okiem i pozwalali mi gdzieś w narożniku wypocząć.

Sz.Sz: Po początkach w Esce przyszedł czas na kolejne etapy dziennikarskiej kariery. Pozostałeś wierny radiu?

R.W.: W Poznaniu powstawało wtedy nowe radio, Jazz FM. To też miało być lokalne radio, serwisy informacyjne i udało mi się tam dostać pracę. Później radio zostało wchłonięte przez koncern Agora. Na jednym miejscu, na pięćdziesięciu metrach kwadratowych w Zamku powstały trzy stacje. Tam były takie zabawne sytuacje, kiedy graliśmy serwisy dla wszystkich stacji, które tam były i zdarzało się, że można mnie było usłyszeć na żywo na jednej częstotliwości, a z tak zwanej "puszki" można było usłyszeć ten sam serwis w innej stacji i pomylić mnie z ojcem Pio czasem...

Sz.Sz.: A jak to się stało, że trafiłeś do Telewizji WTK?

R.W.: Jeszcze pracując w radiu zaczęła się moja zabawa z WTK. To było na zasadzie pewnego uzupełnienia. Trafiłem, kiedy telewizja zaczęła się przeobrażać, z WTK związałem się od pierwszego wydania Pulsu Dnia. Zmieniały się ekipy, zmieniali się szefowie, a ja cały czas współpracowałem. Raz bardziej intensywnie, raz mniej. Aż do momentu, kiedy zdecydowałem się odejść z radia i przejść tylko do WTK i wtedy już robiłem wszystko, co trzeba.

Sz.Sz.: Z takim doświadczeniem i konkretnym spojrzeniem na zawód możesz pewnie pokusić się o ocenę, jakie etapy dziennikarz powinien przechodzić i czy ważniejsze jest wykształcenie, czy może ważniejsze jest, co człowiek ma w sobie?

R.W: Jeżeli bym miał postawić akcenty, to dominujące są jednak predyspozycje. Dziennikarzem albo się jest, albo się nie jest. Albo się nim zostanie, albo nie. Najważniejszą są predyspozycje, temperament i pewne parcie do tego zawodu. Dobre wykształcenie może w tym pomóc. To jest też kwestia motywacji, widzę to prowadząc rekrutację, teraz kiedy mi przychodzi oceniać, mamy takie przypadki, kiedy nawet jeśli komuś się u nas nie uda, to ja wiem, że będzie dziennikarzem. Są osobowości, które bez względu na wszystko i tak trafią do tego zawodu, a są też tacy, którzy spróbują raz i drugi ale dziennikarzami nie będą.

Sz.Sz.: Reporterzy Pulsu Dnia to w dużej mierze młode osoby. Czy jest tak, że młode wilki mają w sobie coś, czego nie można się spodziewać od starych wyjadaczy?

R.W.: To jest trochę tak, że my jesteśmy wylęgarnią talentów dla stacji ogólnopolskich. Bardzo wiele osób od nas miało później szansę na karierę ogólnopolską. To jest też tak, że mamy tutaj dziennikarzy, którzy są doświadczeni i jest znakomicie, kiedy w redakcji można znaleźć i jednych i drugich. Tych, od których można i należy się uczyć i tych, którzy dopiero startują i właśnie ze względu na wiek mają wiele innych walorów.

Sz.Sz.: Jaki więc musi być naczelny utrzymujący taki zespół w ryzach? Dobry, wyrozumiały ojciec, czy może autorytarny szef, który wie kiedy uderzyć pięścią w stół?

R.W.: Tak naprawdę, to by trzeba zapytać dziennikarzy, z którymi ten szef pracuje. Ja myślę, że to jest kwestia osobowości i chyba nie ma reguły. Każdy naczelny przekłada to, jaką jest osobą, jaki ma temperament i podejście do ludzi na to, jakim jest szefem. Jak to się mówi, szefa się nie wybiera, szefa się ma i tylko od tego, jakim on jest człowiekiem, jakie ma predyspozycje i słabości zależy czy sobie później radzi, czy nie. Można tylko dyskutować, jaki model szefowania się sprawdza. Jedni uważają, że autorytaryzm, jaki proponuje Tomasz Lis, który wali pięścią w stół i krzyczy na wszystkich. To jest może jakiś pomysł, bo ma efekty. Ale są i tacy, którzy uważają, że to nie jest dobre podejście i czasem trzeba łagodnie.

Sz.Sz. A propos łagodności; żelaznym punktem Pulsu Dnia są rozmowy z zaproszonymi gośćmi. Zasypywani gradem pytań, maglowani, często ze studia wychodzą skołowani, spoceni... Czy tak jest, że dziennikarz musi wydobyć prawdę i nie ma, że boli, czy może są jakieś granice?

R.W.: Granice oczywiście są, ale to jest kwestia bardzo indywidualna. Jeden dziennikarz pozwoli sobie na większą bezczelność i aby wydobyć prawdę i dociec sensu tego, co inni próbują przed nami ukryć, tudzież zakamuflować, a są też tacy, którzy się za daleko nie wychylą i będzie to publicystyka łagodna i spolegliwa. Ja jednak uważam, że zadaniem dziennikarza jest szukanie tego drugiego dna, tej prawdy ukrytej, a nie tej, którą nam nasi rozmówcy przedstawiają na pierwszy ogień. Dlatego uważam, że możemy sobie pozwolić na pewien krok odwagi i ostrej zabawy.

Sz.Sz.: Wszyscy wiedzą, że dziennikarze to hieny. Nie wszystkie Newy pokazywane w Pulsie Dnia są lekkie i przyjemne. Bywają wiadomości smutne, tragiczne, które dotykają nieszczęść wielu ludzi. Czy prowadzący ma czas na współczucie i czy zastanawia się nad tym, rozmyśla czy współczuje?

R.W.: Nie zawsze się da odciąć i dziennikarz jest czasem wstrząśnięty pewnymi sprawami, które mu było dane zobaczyć na własne oczy. Z jednej strony można powiedzieć, że powinniśmy być na to odporni i pewnie w jakiś sposób się uodparniamy, ale często nas to też dotyka. Nie sposób przejść nad pewnymi sprawami do porządku dziennego. Ja kiedyś robiłem materiał o eutanazji. Wtedy rozmawiałem z ludźmi z hospicjów, którzy może już dziś nie żyją i muszę powiedzieć, że naprawdę przez parę dni dochodziłem do siebie, żeby się poskładać jakoś na nowo. Chociaż faktem jest, że w takiej zwykłej codziennej pracy nie zawsze jest na to czas. Często jest tak, że gdy osoby proszące nas o pomoc i dzielące się swoimi dramatami, stają się nam bliższe, kiedy podobny los spotka kogoś nam bliskiego. Wtedy się oczy otwierają i zaczynamy rozumieć, o co tak naprawdę chodziło tamtej osobie.

Sz.Sz.: Nad częścią newsów pewnie się przechodzi do porządku dziennego, jest ich tak wiele, że trudno nad każdym dogłębnie się zastanowić... Sam przyznajesz, że dziennikarzem się nie bywa.

R.W.: Dokładnie, dziennikarzem się nie bywa, dziennikarzem się jest. Albo kogoś coś interesuje i zajmie się tym, mimo, że ma wolne lub nie. Sam muszę się pilnować i czasem znaleźć czas dla syna czy dla żony i po prostu być dla nich. A nie tak, jak mi żona zarzuca, przychodzę do domu po całym dniu pracy i siadam do komputera albo oglądam konkurencję i śledzę serwisy w innych stacjach.

Sz.Sz.: Więc dobry dziennikarz bywa gościem we własnym domu...

R.W.: I to jest właśnie ten problem. Chyba, mimo wszystko, potrzeba umiejętności, której ja jeszcze nie posiadłem, takiego rozgraniczenia, żeby w życiu wygospodarować też czas na życie prywatne. Jest to naprawdę trudne i czasem wydaje mi się nierealne.

Sz.Sz.: Chyba jednak każdy dochodzi czasem do kresu wytrzymałości, musi powiedzieć "dość" i odreagować.

R.W.: U mnie nie jest to niemożliwe, to się przekłada nawet na spanie. Zasypiasz i w głowie wszystko ci się układa po kolei, wszystko się miota i walczysz z tym. Sposobem jest ewentualne zabicie w sobie dziennikarza, podjęcie próby zapomnienia, że jest się dziennikarzem. Jest to możliwe tylko wtedy, kiedy wiem, że mam na to więcej czasu. Wtedy za wszelką cenę próbuję nie brać do ręki żadnych gazet, unikać telewizora i skupić się na zupełnie innych sprawach. I wtedy to jest mój relaks.

Sz.Sz.: Duża presja, temp o pracy i zmęczenie wpływają chyba na wszelakie wpadki na antenie...

R.W.: Tak, było ich wiele, zaczynając od najbardziej prozaicznych, ale niezwykle istotnych, kiedy witamy gościa, który nazywa się zupełnie inaczej niż go przedstawiamy, po momenty, kiedy coś lub ktoś nas rozproszy i rozśmieszy. Bywa tak, że zabraknie w jakimś momencie tego profesjonalizmu i na przykład wybuchniemy śmiechem.


Sz.Sz.: Praca dziennikarza w mediach lokalnych, to szczególne więzi z miastem. Jak Ty postrzegasz Poznań, zimnym i krytycznym okiem fachowca, czy może jest gdzieś w Tobie lokalny patriota?

R.W.: Głęboki lokalny patriotyzm jest bezwzględnie! Bardzo lubię Poznań, wbrew temu, co czasem sam zarzucam ludziom, którzy kreują wizerunek tego miasta. I mimo tego mojego umiłowania miasta, albo właśnie dlatego bardzo często jestem niemiłosiernie krytyczny wobec urzędników, za sprawy, które nie zawsze wyglądają tak, jakby mogły wyglądać. Jak się porównujemy do innych miast w Polsce, to chyba jednak cały czas nie jesteśmy najciekawszym z nich, ale z drugiej strony, jak się porównujemy do ośrodków spoza ścisłej czołówki, to można powiedzieć, że jesteśmy metropolią. Jednak wracając z Berlina, Rzymu czy Paryża, można odnieść wrażenie, że wracamy na wioskę. Ale ja myślę, że wszystko przed nami i jestem pełen optymizmu. Gdybyśmy wyjechali z tego miasta dziesięć lat temu i dzisiaj wrócili, to zrobilibyśmy wielkie oczy, tak dużo się zmieniło.

Sz.Sz.: Mówiąc o zmianach i rozwoju, czy to, co dotychczas osiągnąłeś, daje Ci satysfakcję i poczucie spełnienia, czy może wybiegasz gdzieś dalej myślami?

R.W.: Właśnie ze względu na to przywiązanie i lokalny patriotyzm, nie tylko do Poznania, ale ja jestem stworem bardzo rodzinnym i z tego powodu nigdy nie kusiły mnie wędrówki do stolicy. To jest właściwie jedyne miejsce, w którym można w naszym zawodzie myśleć o dalszym rozwoju. Ja wychodzę z założenia, że "WTK CNN" można budować w Poznaniu. Dlatego marzy mi się, że z tego, co tutaj robimy można zrobić coś naprawdę dobrego, nawet na skalę krajową. Myślę, że jesteśmy na dobrej drodze. To oczywiście wymaga dużo czasu i dużo pieniędzy i zaufania, ale to jest możliwe i ja w to wierzę. Dlatego ja tu zostałem, nie szukałem dalszej ścieżki kariery w Warszawie, która pewnie byłaby możliwa.

Sz.Sz.: A więc na przełomie roku deklarujesz dalszą walkę o widza i to, co na antenie WTK będzie się pojawiać?

R.W.: Owszem, ale to nie jest kwestia najbliższego roku, ja patrzę na to z perspektywy lat. I technologia i nasza praca, z czasem pozwoli nam na robienie coraz lepszej telewizji. Taką chcemy robić i sądzę, że jest na zapotrzebowanie, bo ludzi interesuje to, co dzieje się obok nich. A my, raz lepiej, raz gorzej, staramy się o tym opowiadać.

Najczęściej czytane w tym tygodniu

Dziś w Poznaniu

13℃
0℃
Poziom opadów:
0 mm
Wiatr do:
9 km
Stan powietrza
PM2.5
10.20 μg/m3
Bardzo dobry
Zobacz pogodę na jutro