Reklama
 Pogoda jutro  Pogoda Poznań
6 2
Reklama
zakładka
POGODA
DZISIAJ
pogoda
7°C 993 hPa
JUTRO
pogoda
6°C 1003 hPa
POJUTRZE
pogoda
3°C 1009 hPa
NAJPOPULARNIEJSZE WIADOMOŚCI

Barka: Kryzys? Potrzebujących jest tak samo wielu od lat

Maciej Kabsch
sobota, 24.12.2011 r.
godz. 13.07

O tym, kto i po co przychodzi na wigilie Barki, w jaki sposób dać potrzebującym wędkę a nie rybę, tak aby mogli sami sobie pomóc, a także co zrobić, by system pomocy społecznej w Polsce przestał być pasywny i nieefektywny – opowiada Barbara Sadowska, wiceprezes Fundacji Barka.

Maciej Kabsch: Jak co roku, Barka organizuje spotkanie wigilijne dla kilkuset potrzebujących. Kto przychodzi na te spotkania? Bezdomni? Osoby samotne? Osoby mieszkające w domach Barki?

Barbara Sadowska, wiceprezes Fundacji Barka: - To wigilia otwarta dla wszystkich. Zwykle przychodzi na nią zarówno wiele samotnych kobiet, jak i rodzin z dziećmi, które nie mają pieniędzy na to, aby zorganizować wieczerzę we własnym domu. Przychodzą też osoby, które po prostu nie mają dachu nad głową, albo takie, które lubią z nami ten wieczór spędzać. Przychodzą też ludzie, którzy kiedyś mieli wielkie problemy, ale już z nich wyszli i teraz chcą się podzielić swoimi doświadczeniami z innymi. Jest wśród nich pewien wspaniały człowiek, który dziś jest wziętym kucharzem w Holandii, ale co roku na święta przyjeżdża na naszą wigilię i przygotowuje różne potrawy. W tym roku spodziewamy się około 300 gości, a całą wigilię przygotowuje około 30 wolontariuszy.
Te spotkania to po prostu już tradycja, która wiąże się z przekonaniem, że Święta Bożego Narodzenia zobowiązuje nas do tego, aby zadbać o osoby w trudnej sytuacji, zapewnić im ten wigilijny stół i atmosferę która podnosi ich godność, jeśli sami nie są w stanie sobie go zorganizować. To nie jest jednak wigilia dla osób z Barki, bo one zasiądą do wigilijnych wieczerzy organizowanych równolegle w licznych domach funkcjonujących w Sieci Barki. Na otwarte spotkanie na ul. Św. Wincentego 6 na Zawadach zapraszamy każdego.

Kiedyś wigilia Barki odbywała się w Arsenale na Starym Rynku, a teraz przeniosła się na Zawady.

Niestety w tym roku impreza ta nie odbywa się już w centrum miasta. Znajdująca się przy Arsenale restauracja Kresowa użyczała nam przez wiele lat kuchni, jednak już jej tam nie ma obecnie i nie było możliwości ponownej organizacji. Nowe miejsce dopiero urządzamy, dlatego jest to czas trochę dla nas trudny i wymagający spontaniczności.
Przygotowania do wigilii to też każdorazowo ważny czas w życiu mojej rodziny.

Barka to dla pani w pewien sposób rodzinne przedsięwzięcie. Pani mąż Tomasz Sadowski jest prezesem fundacji, a córka Ewa otworzyła jej oddział w Londynie.

Tak. W Londynie tak naprawdę jest bardzo wielu potrzebujących, w tym także Polaków, którzy np. nagle stracili pracę, a zaraz potem mieszkanie. Są też Ci, którzy zostali oszukani albo z innych względów nie udało im się poradzić z zasadami tego bardzo liberalnego, kapitalistycznego świata. I zwyczajnie wylądowali na ulicy. Teraz takich osób jest jeszcze więcej przez światowy kryzys.

Czy w dobie kryzysu również w Polsce coraz więcej osób jest wpada w poważne tarapaty i zgłasza się o pomoc np. do Barki?

Od lat tak naprawdę te liczby się nie zmieniają, osób potrzebujących jak wcześniej, jest bardzo wiele. Wprawdzie systematycznie zwiększa się liczba dostępnych miejsc w domach Barki, czy też liczba miejsc na warsztatach, które pozwalają ich uczestnikom zarobić jakieś drobne sumy pieniędzy. Cały czas jednak domy są wypełnione po brzegi i wciąż w nich dostawiamy miejsca. Do warsztatów ustawiają się długie listy oczekujących.

Ilu osobom jest w stanie na raz pomóc Barka?

W całym systemie Barki, różnych domach, hostelach, jest około 2000 miejsc, gdzie ludzie mogą nie tylko nocować, ale też odbudowywać swoje życie. Te ośrodki są rozrzucone po całej Polsce, m.in. w województwach śląskim, opolskim, lubuskim czy wielkopolskim. Nie chodzi w nich wyłącznie o danie dachu nad głową, ale również możliwości rozwoju, uczenia się przez pracę. Temu służą te, wspomniane już przeze mnie warsztaty, polegające na, jak to się ustawowo nazywa, zatrudnieniu socjalnym. Biorące w nich udział osoby np. remontują, gotują, sprzątają i tak mogą zarobić pewne skromne sumy pieniędzy. Mogą się też czegoś nauczyć. Chętnych jest jednak znacznie więcej niż dostępnych miejsc. Tu na poznańskich Zawadach, gdzie trwa budowa dwóch budynków edukacyjnych Barki, w warsztatach może wziąć udział każdorazowo po 120 osób, ale cały czas mamy listę dodatkowych 200 chętnych i oczekujących.  Podobne kolejki ustawiają się do pozostałych trzech poznańskich centrów integracji społecznej, powstałych z inspiracji  Barki.

Dając pracę osobom potrzebującym, ofiarowuje się im przysłowiową wędkę, dzięki której później sami będą mogli sobie pomóc. Ale czy tak samo działa państwowy i samorządowy system opieki społecznej?

Niestety, wypłaty raz w miesiącu zwykłych zasiłków niekoniecznie mobilizują korzystające z nich osoby do działania. Beneficjenci tej pomocy się nie rozwijają. Przychodząc do centrów integracji społecznej (CIS), takich jak Barka, muszą natomiast wstać o ósmej, przez kilka godzin pracować i uczyć się u boku instruktora, który jest specjalistą w danej dziedzinie. Powoli uczą się tak systematycznego wychodzenia z domu. Na końcu miesiąca jest skromna wypłata, ale jest ona często większa niż to, co dostawali wcześniej w pomocy społecznej. Ale nie jest to już zasiłek, który człowiek dostaje, bo jest biedny. Jest to zasłużona zapłata za zaangażowanie.
W tej chwili również nasza fundacja podejmuje wysiłki, by polski system pomocy społecznej zreformować. Nie chcę powiedzieć, że to czyjaś wina, pracowników socjalnych, czy urzędników, że spełnia on dziś niestety rolę pasywną. On po prostu wymaga poważnej reformy w stronę aktywizacji potrzebujących.

Potrzebujemy po prostu nowego prawa, czy czegoś więcej?

Oczywiście same ustawy nie wystarczą, bo taki mamy problem w Polsce: każdy sobie rzepkę skrobie. Np. w instytucjach samorządowych nie funkcjonuje coś takiego jak partnerstwo, opierające się na współpracy pomiędzy instytucjami. Dam panu przykład Częstochowy, która jest pierwszym większym miastem w naszym kraju, gdzie to się udało wypracować. Podczas gdy w takim Poznaniu ZKZL, pomoc społeczna, urząd pracy i inne organizacje działają w kompletnym odosobnieniu zarządzając swoimi projektami, w Częstochowie urzędnicy z tych instytucji przez dwa lata spotykali się co miesiąc lub dwa razy w miesiącu i mozolnie wypracowywali wspólny program działania. Zbudowano wspólny system, w którym tych zadłużonych i tzw. trudnych lokatorów, którzy mieli być początkowo eksmitowani, skierowano właśnie do centrum integracji społecznej. Teraz 25 osób z powodzeniem pracuje na rzecz tamtejszego Zarządu Gospodarki Mieszkaniowej (odpowiednika naszego ZKZL) i spłaca swoje długi. A częstochowscy urzędnicy przyznają się mi, że są w szoku, że to się udało! Myśleli, że z pewnymi osobami już się nie da nic zrobić… Teraz także my w Poznaniu musimy sobie uświadomić, że jeżeli trudnych lokatorów się po prostu eksmituje zamiast im pomóc, to z nimi nadal będą problemy.

Jest szansa, by takie pozytywne zmiany przeprowadzić także w Poznaniu?


Poza Częstochową, na razie udają się one raczej w mniejszych miastach i gminach, gdzie jest mniejszy dystans między samorządowcami a mieszkańcami i też jest mniejsza liczba osób w trudnej sytuacji. W dużych miastach oczywiście da się też stworzyć system aktywizujący potrzebujących, ale to jest długa droga i trzeba już teraz zacząć nad tym pracować. Trzeba też uświadomić naszemu prezydentowi, że kapitał to także ludzie, a nie tylko np. stadion czy Termy Maltańskie. Dziś osoby potrzebujące obciążają budżet miasta, a przecież one mogą wyjść z systemu pomocy społecznej! Trzeba tylko wypracować takie rozwiązanie, które im na to pozwoli.

Reklama