Reklama
Reklama

Lesbijki i geje chcą równych praw

"Teraz jest tak, jakby prawodawca nie widział całego polskiego społeczeństwa tylko jakiś jego ułamek" - przekonują Katarzyna Gajewska i Sandra Wiktorko, organizatorki Marszu Równości w Poznaniu.

Maciej Kabsch: Po co organizujecie w Poznaniu paradę równości?

Sandra Wiktorko: To jest marsz, a nie parada. Czasem dziennikarze to mylą, a to nie to samo. Ale my nie mamy o to pretensji.

Katarzyna Gajewska:
Na szczęście ta pomyłka zdarza się im coraz rzadziej. Przede wszystkim poznański Marsz Równości to nazwa własna. Odbywa się już po raz siódmy. Parada od marszu ma bardziej afirmatywny i rozrywkowy charakter. Marsz Równości ma być głosem społeczno-polityczno-obywatelskim, który bardziej edukuje i wskazuje na problemy. Jeszcze nie chcemy się za bardzo cieszyć. Mimo, że Polska oczywiście staje się coraz bardziej tolerancyjna, jest jeszcze sporo pracy.

Czyli organizowane na Zachodzie parady polegają na tym, żeby świętować wolności, które tamtejsi geje i lesbijki już zdobyli w latach 70-tych czy 80-tych, a w Polsce trzeba jeszcze te prawa "wymaszerować"?

K. G.: Mniej więcej tak. Często różne osoby nam zarzucają, że my tu jakoś paradujemy, że nadzy mężczyźni charakteryzują się jak podczas karnawału w Rio. W praktyce wygląda to zupełnie inaczej. Marsz Równości wcale nie promuje takich zachowań. Poza tym najlepiej przyjść i się samemu przekonać: w listopadzie nadzy mężczyźni na ulicach to raczej rzadki widok.

S. W.: Stąd się biorą też inne nieporozumienia. Część osób myśli, że trwające właśnie w Poznaniu Dni Równości i Tolerancji celebruje wyłącznie społeczność homoseksualna. A na marszu są mniejszości dyskryminowane z różnych względów: pochodzenie etniczne, niepełnosprawność, wiek.

Czego się domagacie w tej demonstracji?

S. W.: Hasło tegorocznego marszu, który ruszy w sobotę o godz. 14 spod budynku poznańskiej opery, jest następujące: "Równe prawa to nie przywileje". Czekamy na trzy rządowe ustawy, które cały czas są jeszcze w powijakach: o zbrodniach i mowie nienawiści, antydyskryminacyjną oraz o związkach partnerskich.

K. G.: W zasadzie chodzi o dwie ustawy, bo to, co nazywamy ustawą o zbrodniach nienawiści i o mowie nienawiści, to w zasadzie proponowana przez nas zmiana w kodeksie karnym. Tamtejszy katalog motywów czynów na tle nienawiści, jak np. narodowość, religia, jest teraz bardzo ubogi. Brakuje tam takich cech jak homoseksualność i niepełnosprawność. Teraz jest tak, jakby prawodawca nie widział całego polskiego społeczeństwa tylko jakiś jego ułamek. Podpisana już ustawa antydyskryminacyjna także wymienia krótki, zamknięty katalog cech i przez to nie chroni wszystkich grup dyskryminowanych w Polsce. Trzecia, najważniejsza dla nas zmiana w prawie to ustawa o związkach partnerskich. Dotyczyłaby wszystkich Polaków, ale w praktyce najbardziej potrzebna jest parom jednopłciowym. Takie pary żyją razem, prowadzą gospodarstwa domowe od dziesięciu, kilkunastu lat, a w świetle prawa są dla siebie obcymi ludźmi.

Czy pary homoseksualne nie mogą uregulować takich spraw jak prawo do wzajemnego dziedziczenia czy odwiedzania siebie w szpitalach odpowiednimi wpisami u notariusza?

K. G.: Moim zdaniem zmuszanie osób homoseksualnych do płacenia notariuszom to dyskryminacja, ponieważ osoby heteroseksualne mogą to samo zrobić za symboliczną opłatą. Te opłaty są tu i tak drugorzędne, bo podpisanie czegokolwiek u notariusza nie do końca zmienia postać rzeczy. Np. jeśli potwierdzę notarialnie testament, w którym zapiszę: "Uczynię spadkobierczynią moją partnerkę", ona będzie musiała zapłacić dużo większy podatek od tej darowizny niż np. gdyby dostała ten spadek od męża. Według dzisiejszych przepisów kuzynka siostrzeńca kogoś tam w mojej rodzinie ma większe prawo do dziedziczenia mojego majątku niż osoba z którą prowadzę dom.

Ilu się spodziewacie uczestników na sobotnim marszu?

S. W.: W zeszłym roku było ich 575 (śmiech).

Jaki jest najczęściej podawany odsetek homoseksualistów w społeczeństwie?

S. W.: 5 procent.

W milionowej aglomeracji to 50 tysięcy ludzi. Dodajmy do tego 5 procent przyjezdnych studentów oraz te lesbijski i gejów, którzy po prostu przenoszą się do dużego miasta aby żyć swobodniej. Ale na Marszach Równości wielotysięcznych tłumów nie widać.

S. W.: Duża część homoseksualistów nie ma potrzeby wychodzenia, "wyautowania się". Środowisko osób homoseksualnych jest podzielone, o czym można było się m.in. przekonać po reakcjach w Internecie na niedawne zatrzymanie Roberta Biedronia w Warszawie.

K.G.: Z pewnością osoby homoseksualne to nie jest jednolita grupa społeczna. Są to osoby w różnym wieku, o różnym pochodzeniu i potrzebach. Jedni lubią chodzić na marsze, a inni nie. Druga kwestia jest jednak taka, że wiele osób homoseksualnych boi się iść na marsz, bo zostaną zidentyfikowane przez widzów, przechodniów właśnie jako osoby homoseksualne. Boją się rodziców, utraty pracy, reakcji kolegów w szkole. Osoba heteroseksualna nie myśli przed marszem: "A co jeśli mnie wezmą za geja? Nie pójdę", idzie po prostu demonstrować w imię swoich ideałów. Osoby o innej orientacji niż heteroseksualna boją się dyskryminacji.

Jak wygląda dziś ta dyskryminacja w Polsce?

S. W.: Tylko w ciągu ostatniego roku zdarzyło się siedem przypadków, w których lokalni działacze Kampanii Przeciw Homofobii zostali zwolnieni z pracy po tym jak np. ukazał się artykuł o nowym oddziale czy o kolejnej akcji. W Szczecinie chłopak wygrał sprawę przeciw sąsiadce, która biegała za nim po miejscowości i go obrażała. Chciałabym, by więcej osób homoseksualnych miało odwagę walczyć o swoje prawa. Ludzie często boją się, bo nie chcą sobie zamykać drogi kariery.

K. G.: Akurat prawo pracy jest jedynym prawem w Polsce, w którym pojawia się termin "osoba homoseksualna", ponieważ obowiązek ochrony takich osób w pracy nałożyła Unia Europejska. Nie można kogoś zwolnić czy odmówić zatrudnienia, jeżeli motywem tego jest jego orientacja. Ale oczywiście jeżeli pracodawca chce kogoś zwolnić, zawsze znajdzie jakiś wybieg. Jak się np. wyrzuca kobiety wracające z urlopu macierzyńskiego? Likwiduje się ich etat, powołuje w jego miejsce stanowisko o podobnej nazwie i już po kłopocie. Wszystko można zrobić. Chodzi więc głównie o to, aby ludzie mieli świadomość, że prawo ich chroni, natomiast to, czy oni będą z niego korzystać, zależy od nich.
Lubimy sobie mówić w teorii, że życie prywatne oddzielamy od życia zawodowego. Każdy jednak idzie z nas do pracy, gdzie osoby heteroseksualne nie zdają sobie z reguły sprawy z tego, jak często poruszają kwestie związane z życiem prywatnym. Jak często mówią np. "Mój mąż przyjdzie po mnie do pracy" czy "Moja żona kupiła mi tę koszulę". Osoby homoseksualne są pozbawieni możliwości pełnego uczestnictwa w życiu swojego zespołu/grupy w pracy czy szkole. Ja np. nie mogę powiedzieć "Wczoraj moja dziewczyna mi kupiła kwiaty", ponieważ obawiam się, że w pracy będą już zupełnie inaczej na mnie patrzeć. Mam więc taki apel, żebyśmy byli bardziej wrażliwi, mieli tą świadomość, że może kolega z pracy może być gejem, a koleżanka lesbijką.

Czy coś się w tej sprawie na przestrzeni ostatnich lat zmienia?

K. G.:
Co roku pytają mnie dziennikarze i dziennikarki o to: czy ja widzę, że coś się zmienia? Z jednej strony chciałoby się powiedzieć: tak, zmienia się wszystko na lepsze. Ale my nie chcemy zmienić trawnika czy zbudować park, ale chcemy zmienić ludzką mentalność, która była kształtowana latami przez nasze babcie i rodziców, tradycję, religię, szkołę.
Z drugiej strony Marsz Równości idzie po raz siódmy i mogę powiedzieć, że jest już mniej policji na marszu, mniej agresji, inaczej przedstawiają nas media. Oswojone zostały takie słowa jak gej i lesbijka. Więcej ludzi interesuje się przy okazji marszu całym programem Dni Równości.

S. W.: Tak naprawdę zobaczymy, jak jest obecnie z tą agresją, gdy marsz się rozpocznie w sobotę.

Pół godziny przed marszem, również pod budynkiem opery, rozpocznie się kontrdemonstracja. Boicie się?

S. W.: Nie. Może bałam się trochę, jak przeczytałam o niej po raz pierwszy na forum Wiary Lecha, ale ostatecznie pomyślałam, że będzie nas kilkaset osób, będzie policja. Wszelkie próby konfrontacji między obiema grupami będą nielegalne.

K. G.: Kontrmanifestacje towarzyszą Marszowi Równości co roku, od samego początku. Dwa pierwsze marsze zostały przez nie zablokowane. Wiadomo, w 2005 r. to było najbardziej widać. Wtedy panowała akurat specyficzna sytuacja polityczna.

Nastąpiła zmiana władzy. Poznańska policja rozpędziła wtedy Marsz Równości pod Starym Browarem.

K. G.: Jestem przekonana, że te działania policji były po prostu podyktowane sytuacją polityczną w Polsce. Teraz jest ona trochę lepsza. Wierzę, że w sobotę w Poznaniu nie powtórzy się Warszawa z 11 listopada br. To co się stało ostatnio w stolicy trochę mi przypomniało 2005 rok w Poznaniu. Ale naprawdę liczę, że będzie nas dużo, a osoby, które nie szanują demokracji i szerzą nienawiść, poczują się w mniejszości.

S. W.: Mam nadzieję, że jak najwięcej osób przyjdzie na ten marsz. To nie jest "marsz gejów i lesbijek". To jeden z elementów Dni Równości, a nasze postulaty odnoszą się tylko częściowo do sytuacji osób homoseksualnych. Mówimy o ludziach zagrożonych dyskryminacją w ogóle.

Czy słaba frekwencja marszu nie wynika trochę z tego, że stateczni poznańscy geje, np. należący do Wiary Lecha czy Bractwa Kurkowego, nie chcą demonstrować w imię swoich praw w jednym szeregu np. z kierowcą MPK przebranym za Marylę Rodowicz? Czy nie ma na marszu też osób, które zamiast demonstrować, przychodzą by sobie właśnie poparadować?

K. G.:
To nie zależy od nas, kto przychodzi na marsz. W zeszłym roku np. przyszły chyba tylko dwie Drag Queen w perukach i wszystkie media właśnie na nich skupiły swoją uwagę.

W zeszłym roku gwiazdą fotoreporterów był przewrócony koń policjanta. Taka jest logika mediów.

K. G.: Parę lat temu jeden z poczytniejszych polskich tygodników do artykułu o polskiej demonstracji gejów i lesbijek dodał zdjęcia z berlińskiej Love Parade. To było dopiero szokujące.

Podpisujecie się może pod tezą Edwarda Pasewicza, że Poznań to jedno z bardziej tolerancyjnych miast dla mniejszości seksualnych?

S. W.: Myślę, że Edward Pasewicz raczej porównywał tą sytuację z tym, co było jakieś 20 lat temu. Ale go w tej chwili w Poznaniu nie ma. Jest w Krakowie i z tego co wiem, dobrze mu się tam wiedzie. Uważam, że nie ma żadnych różnic pomiędzy północą, południem, wschodem czy zachodem Polski w sprawie stosunku do gejów i lesbijek. Oczywiście można odnotować, że najgorzej mają chyba w Białymstoku. Tam nie można zrobić nawet oddziału Kampanii Przeciw Homofobii, ponieważ zagrożenie ze strony granicy ze Wschodem jest tak wielkie, że oni się po prostu boją.

Zagrożenie ze strony granicy?!

K. G.: Tam rzeczywiście mocno stoją i czują się jak u siebie grupy rasistowskie i faszyzujące. To miasto w którym żyją mniejszości narodowe i mają tam raczej ciężko: swastyki na murach są na porządku dziennym. Nie chodzi jednak o wskazywanie kogokolwiek palcem. Poznań jest specyficznym miastem, ma swoje priorytety. Czy jest przychylniejszy dla homoseksualistów od Warszawy czy Krakowa? Nigdy tego nie mierzono. To jest szersze pytanie: czy ludzie w Poznaniu i Warszawie różnią się od siebie? Pewnie tak, ale tu łatwo o kolejne stereotypy. Przyjęło się mówić, że Zachód jest bardziej tolerancyjny niż Wschód, ale ja bym nie tworzyła takiej granicy.

Reklama

Najczęściej czytane w tym tygodniu

Dziś w Poznaniu

28℃
18℃
Poziom opadów:
0.1 mm
Wiatr do:
25 km
Stan powietrza
PM2.5
10.12 μg/m3
Bardzo dobry
Zobacz pogodę na jutro