Reklama
 Pogoda jutro  Pogoda Poznań
-3 -8
Reklama
zakładka
POGODA
DZISIAJ
pogoda
-2°C 1009 hPa
JUTRO
pogoda
-3°C 1012 hPa
POJUTRZE
pogoda
-5°C 1014 hPa
NAJPOPULARNIEJSZE WIADOMOŚCI

Zbigniew Grochal - rozmowa niekontrolowana

MERKURIUSZ, Mariola Zdancewicz
sobota, 11.04.2009 r.
godz. 20.34

Zbigniew Grochal - aktor, pedagog, dziennikarz radiowy, konferansjer, animator kultury. Urodzony w Czechowicach-Dziedzicach, od 1977 roku związany z Teatrem Nowym w Poznaniu. Z aktorem rozmawia Mariola Zdancewicz.

Jako postać medialna, aktor i człowiek, w wielu środowiskach jesteś postrzegany jako reprezentant barw miasta, urzędu, prezydenta...
Tak, kiedyś Ewa Siwicka nawet użyła określenia „herold miejski”. Ja wolę nieco żartobliwie nazywać się woźnym miejskim, ale prawdą jest, że najważniejsze wydarzenia w mieście zachodzą jakoś przy moim współudziale, mojej aranżacji. Do takich celów jestem w Poznaniu wykorzystywany. Jest Pan częścią pejzażu miejskiego i strasznie Pana lubimy nie tylko za głos, ale za to, że Pan potrafi nadać wydarzeniom odpowiednią rangę.” To jeden z kluczy do patrzenia na mnie. Z drugiej strony to teatr, w którym jestem w sumie 43 lata, z tego 32 w Nowym. Z tytułu bycia aktorem wiele rzeczy udało mi się stworzyć i zrealizować w radiu i telewizji. Radio to z kolei moje autorskie i poetyckie audycje, słuchowiska w Merkurym. Zresztą radio zawsze mi w życiu towarzyszyło, wcześniej także Radio Kraków, Radio Gdańsk. Ja z radia kiedyś nie wychodziłem, byłem jakiś czas redaktorem naczelnym Radia Obywatelskiego.

Co Cię tam ciągnęło?
To, że było tak blisko słuchacza, jak żadne inne. Działało w bezpośrednim kontakcie telefonicznym, rozmowach, audycjach na każdy temat czy wreszcie w audycjach nocnych. Ja byłem kimś, do kogo dzwonili chorzy, samobójcy, samotni, te rozmowy trwały do drugiej, trzeciej, czwartej nad ranem, a potem biegłem do teatru i pracowałem dalej. Najpiękniejsza dla mnie historia to ta, gdy kiedyś podszedł do mnie na ulicy człowiek i powiedział, że uratowałem mu życie. Bo on dzwonił i mówił: „Umieram, zabijam się, popełniam samobójstwo”. I dzięki rozmowie ze mną uznał, że jednak spróbuje dotrwać do rana i rozpocząć życie na nowo. Powiedział: „To ja jestem tym człowiekiem, któremu Pan uratował życie. Bardzo dziękuję”. I poszedł.

Czułeś się bosko?
Czułem się bosko potrzebny.

Twoja dziennikarska przygoda nadal trwa...
Tak, dowodem na to jest moja praca na uczelniach wyższych. Przede wszystkim na mojej macierzystej uczelni – Akademii Muzycznej, z którą łączą mnie najściślejsze naukowe i emocjonalne więzi. Mam pracownię w Instytucie Nauk Politycznych i Dziennikarstwa, gdzie uczę studentów dziennikarstwa oraz technik radiowych. W Wyższej Szkole Umiejętności Społecznych jestem profesorem uczelnianym, bo taki tytuł nadał mi Senat. Współpracuję także z Katedrą Strategii Marketingowych UE profesora Henryka Mruka, tam prowadzę wykłady z takiego przedmiotu, który się nazywa komunikacja werbalna i niewerbalna. Modne, ale i bardzo potrzebne. Przeprowadziłem przewód doktorski i jestem doktorem sztuki teatralnej.

A dokładniej... 
Zająłem się w dysertacji pojęciem lęku w dramaturgii Gombrowicza. To ogromne wyzwanie dla człowieka w wieku dojrzałym.

To ciekawy i trudny temat...
Lęk jest nieodłączną częścią naszego bytu. Każdy się czegoś boi. Ktoś z lęku popełnia rzeczy straszne, których później żałuje, ale których najczęściej nie jest w stanie już ponaprawiać. Odnalazłem to, mówiąc w skrócie, w twórczości Gombrowicza, Witkacego, ale też Karola Wojtyły. Myślę o habilitacji, tak, poważnie o tym myślę.

A jaką rolę w Twoim życiu również aktorskim odgrywa strach?
Jest czynnikiem, który może doprowadzać do pewnej dezintegracji i umysłowej zapaści. Boję się, że nikt nie będzie chciał mnie widzieć na scenie, to raz. A bardziej ogólnie: boję się, gdy nie wiem, co mnie czeka, a dzień pozostaje niewiadomą. Czy skończy się wieczorem po położeniu do łóżka pacierzem i dziennym rachunkiem sumienia? Dręczy mnie niepokój egzystencjalny i przeświadczenie, że wielu rzeczy nie zdążę już zrobić.

Czy o przyszłości też myślisz ze strachem?
Nie, tylko poraża mnie płaska perspektywa, te wszystkie rozmowy na temat tego, jaka będzie sytuacja ludzi na emeryturze, to jest problem społeczny, który także powoduje stróżkę zimnego potu na moich plecach, bo nasze gaże teatralne są wstydliwie niskie. Tak to wygląda, więc, niechże na litość boską, ludzie protestujący czują proporcje. Tego się też boję, bo może przyjść taki okres, że będę musiał wyrzekać się rzeczy naprawdę podstawowych w moim życiu, do których nie tylko się przyzwyczaiłem, ale uważam, że należą mi się chociażby z racji tego, że pracuję.

Z czego masz satysfakcję, co Cię cieszy?
Wszystko razem. To, że w Wyższej Szkole Umiejętności Społecznych wykładam pragmatykę językową, retorykę, ekspresję jako narzędzie komunikacji, które są bardzo blisko mojego pierwszego zawodu. Cieszy mnie wszystko to, co udaje mi się zrealizować w teatrze, np. rola ojca w „Sześć postaci szuka autora” Luigi Pirandella, to jest aktualnie w repertuarze. Cieszy mnie moja rodzina, nowy dom na wsi, który powstał dlatego, że miałem dość przelatujących F-16, a nawet szumu autostrady, chciałem móc medytować, kontemplować ciszę i spokój. Synów mam, drzewa posadziłem i nie ulega wątpliwości, że to ogromna zasługa mojej żony. Bez niej by się to nie udało.

Postrzegam Was jako rodzinę, w której chciałoby się być. To się w dzisiejszym świecie rzadko zdarza, a w aktorskim jeszcze rzadziej.
Pojawiają się różne pokusy, to wynika z próżności zawodowej, którym ulegają moi koledzy, stąd tyle rozwodów, tylu partnerów, związków, stale się kotłuje w tym światku. Biorę do ręki jakieś pisemka tabloidalne, a tam każda strona krzyczy nowymi aktorskimi związkami, uczuciami, dramatami, pożegnaniami, skandalami, a my ponad tym przez tyle lat...

Mówisz z takimi emocjami o swoim małżeństwie, jak udaje się zachować pociąg do najbliższej osoby przez długie lata?
Jesteśmy dla siebie szalenie atrakcyjni i tego z czasem nie ubywa. Ta atrakcyjność jest bardziej dojrzała, pewniejsza, przysparza nam większej satysfakcji. Tajemnica tkwi w tym, aby stworzyć taki byt rodzinny, partnerski, w którym nie brakuje ani przez chwilę podniecenia, tajemnicy, niespodzianki, która pojawia się tuż za zakrętem. Nie ma schematu, nie ma powtarzalności pewnych działań, jest za to nieustanny posmak świeżości.

Myślę, że to też konsekwencja zawodu, który uprawiasz. Ale nie wiem kim jest Twoja żona?
Jest pedagogiem, ale od wielu lat nie pracuje. Strzeże ogniska domowego i dzięki temu, myślę, ten niedzisiejszy model sprawia, że ten ogień nie gaśnie, zawsze jest ktoś, kto na tę iskierkę dmucha i nie zdarza nam się patrzeć na wygasłe palenisko.

Rozumiem, że Twoja żona to zaakceptowała.
Myślę, że tak. Taką mam nadzieję. Ona mówi, że kłócimy się jak rodzina włoska, wielokrotnie pewne rzeczy dyskutujemy, a potem okazuje się, że to wszystko służy wewnętrznemu scalaniu.

Którą z teatralnych ról absolutnie uznałbyś za tę, która spełniła Twoje aktorskie oczekiwania?
Na przestrzeni lat miałem wiele satysfakcji aktorskich i trudno będzie wybrać, bo w każdym momencie masz inne wyobrażenie o sobie jako o aktorze i o swoich aktualnych możliwościach. Mnie się wydaje, że w każdym czasie, który obojętnie czy podzielimy na 5-letnie czy 10-letnie okresy, ważne było coś innego. Myślę jednak, że takim moim spełnieniem aktorskich marzeń był na pewno Ignacy w „Iwonie księżniczce Burgunda”. Bardzo dobrze wspominam też pracę z Warlikowskim i rolę Markiza w spektaklu „Trucizna teatru” Sirery. Było to, zresztą nie tylko w moim mniemaniu, bardzo ciekawe skończenie, doskonałe tworzenie postaci teatralnej.

Wspomniałeś o Twojej roli Ojca w „Sześciu postaciach szukających autora”.
To taka bardzo mroczna postać ten Ojciec. Musiałabyś to zobaczyć. Bardzo mroczna. Do tego stopnia mroczna, że ja po zakończeniu spektaklu długo leczę rany w psychice jako aktor i jako człowiek. To jest do tego stopnia nieobojętna materia. Kończy się spektakl, ścierasz charakteryzację z twarzy, zdejmujesz kostium, zakładasz swój prywatny ubiór i wydawałoby się, że na tym kończy się ta tajemnica teatru. A tu jest tak, że jadę do domu i wciąż jestem sponiewierany, pełen tego wewnętrznego rozdygotania, które wciąż jeszcze wnoszę w moje życie nieteatralne. Muszę się z tego obmyć, zdjąć buty w progu, wejść do domu zupełnie prywatnie, żeby nie przynosić teatru do domu i nie robić z domu teatru. To jest najważniejsza rzecz w życiu aktora, tak twierdzę.

Myślę, że masz rację. Dzisiaj są takie techniki, które uczą, jak człowiek powinien przejść z jednego nastroju w drugi, żeby nie ciągnąć smutków, które niesie ze sobą życie, rola, jakieś wydarzenie. To właśnie Pirandello powiedział, że każdy gra w życiu jakąś rolę, „którą sam sobie wyznaczył albo jemu wyznaczyli”. Chodzi o to, żeby granica między fikcją a życiem się nie zacierała, bo to jest bardzo niebezpieczne. Myślę, że dla widza to jest prostsze, a dla aktora, który musi jednak swoje wnętrze oddać roli – dużo trudniejsze.
Dla takiej roli trzeba pogrzebać w swoich mrocznych zakamarkach duszy, wyciągnąć to, co jest tam na dnie, czasem bardzo zwierzęcego, coś bardzo skrywanego, czego się światu nie opowiada, ale się przykleja do roli, którą grasz. Wtedy wygrzebujesz w sobie coś, o co dotychczas siebie nie podejrzewałeś. O tym jest właśnie ta sztuka „Sześć postaci szuka autora”. O tym, gdzie kończy się fikcja literacka, a zaczyna fikcja teatru, jak to jest z budowaniem postaci. To jest bardzo ciekawe doświadczenie. Zostając aktorem, do końca nie zdawałem sobie sprawy z tego, jaka to wielka trudność, jakie wyzwanie i pozostawiłem sobie margines niewiedzy. Wiedziałem, że coś tam na mnie czeka i nie do końca wiedziałem co. Istota tego zawodu polega na tym, że przez lata przybywa ci świadomości. Aktor im więcej wie, tym bardziej się boi. Boi się bo już wie czym to pachnie i jakie ma to konsekwencje. Powiem Ci, że dzisiaj wielu rzeczy bym się już nie podjął.

Ryzyko to adrenalina...
Ja nigdy w życiu nie zaryzykowałbym na giełdzie, chociaż w kasynie zagrałem kiedyś nie swoimi pieniędzmi. Ale w pewnym momencie mówiłem stop. Szedłem do kasy, wypłacałem jakieś tam pieniądze... jestem facetem, który ograł kasyno. Bo Ty masz specyficzną sytuację. Masz zaufanie do siebie, ryzykujesz tym, co potrafisz, bo masz nadzieję, może nawet pewność, że jesteś dobry i możesz liczyć na sukces. I że nie będziesz miał pecha. A tam to jest inna gra.
Tam jest gra poza tobą.

Wspominam Cię z ról w moich filmach dokumentalnych dla telewizji. Zachwycałam się wtedy, jak potrafiłeś zapanować nad scenariuszem czasami nawet na kilka minut przed zdjęciami, jak cudownie stawałeś się Krzysztofem Opalińskim, szlachetką czy narratorem.
To była pyszna przygoda. Cieszyło mnie to. Jest mi po drodze do takiego pojęcia zwanego sarmatyzmem, sobiepaństwa, kontusza, do tego, co my Polacy nosimy w sobie. To było ratowanie czegoś od zapomnienia i ciekawe wyzwanie. A równocześnie nietypowa telewizyjnie przygoda. Wspominam to bardzo miło. Potem w telewizji robiłem różne inne rzeczy, m.in. nagrywałem komentarze do filmów o Watykanie Jana Pawła II. W tej chwili robię komentarze do filmów o losach Polaków na Syberii, którzy tam stracili życie lub mieszkają tam ich potomkowie. Dla mnie to też było fascynujące i fascynująca była ta forma przekazu.    Powiem szczerze to miłość mojego życia. Inną sprawą były warunki pracy. Robiło się dużo rzeczy metodami harcerskimi.

Spod jakiego jesteś znaku?
Bliźniak. Więc od strony znaku patrząc, jestem predestynowany do uprawiania tego zawodu, który uprawiam, a z dwoistości natury to właśnie wynika, że zajmuję się równolegle różnymi rzeczami. Tylko tyle że jak mój znajomy bliźniak powiedział: „Wiesz, ja tylko tak wszystko powierzchownie”. A ja mówię, że ja też bliźniak, ale uważam, że są rzeczy, które trzeba tak dogłębnie. Powierzchowność jest marnotrawstwem siły i energii i szkoda na to czasu.

Doczekałeś się już benefisu?
Tak, na 35-lecie. Teraz czekam na benefis 50-lecia. Co tam benefisy, optymistycznie patrzę w przyszłość.

A plany?
Jestem strasznie głodny świata, a mój zawód i dodatkowe zajęcia nie pozwalają mi w ciągu roku gdziekolwiek się ruszyć. Strasznie lubiłem nasze teatralne tournée, kiedy jeździliśmy po świecie ze spektaklami. Niedawno byliśmy w Turcji. A więc chciałbym pooglądać świat. Najbardziej Stany Zjednoczone, to takie moje marzenie, które z roku na rok odkładam. Żeby zobaczyć to, co znam z filmu, książki, opowiadań, te wszystkie cudowne miejsca, ile tam jest lukru, a ile prawdy, czy piękna jest ta prawda o pejzażu i ludziach. Ciekawi mnie to, bardziej niż np. wyjazd do Indii. Ktoś powiedział, że ta kultura ma znacznie więcej do zaoferowania, ale bardziej mnie ciekawią Stany, bo tam jest wszystko. Co prawda, ludzie mówią, że Hollywood brzydkie, nijakie i że nie ma żadnego centrum, ale sam chciałbym zobaczyć, powąchać, jak tam pachnie, na czym polega ta magia. Interesują mnie kaniony, pejzaż znany z mojego ulubionego gatunku filmowego, z westernów, chciałbym zobaczyć prawdziwą prerię...

Czy dałbyś się namówić na rolę jakiegoś gangstera w takim filmie?
Pewnie, że tak. Powiem, że mnie zawsze interesowało bycie i dobrym rewolwerowcem, i złym.

Życzę Ci jeszcze wielu posadzonych drzew.
W tej chwili drzewa wokół domu są maleńkie, bo to było puste pole. Mieliśmy piękny ogród w poprzednim miejscu, tam mieszkają szczęśliwi młodzi lekarze i im się tam podoba. Mam nadzieję, że obok naszego nowego domu drzewa szybko urosną... 

Zbigniew  Grochal - aktor, pedagog, dziennikarz radiowy, konferansjer, animator kultury.Urodzony w Czechowicach-Dziedzicach. Na jego życiowy wybór duży wpływ mieli bracia -  prawnik i muzyk, którzy kształtowali jego wrażliwość na sztukę. Ważne były dlań również studia aktorskie w Krakowie wzbogacone przyjaźnią z twórcami Piwnicy pod Baranami i krakowską bohemą lat 60., zawarcie związku małżeńskiego, który szczęśliwe trwa do dzisiaj oraz przyjazd do Poznania.W 1966 ukończył PWST w Krakowie. W latach 1966-1977 był aktorem Teatru Wybrzeże w Gdańsku, od 1977 związany jest z Teatrem Nowym w Poznaniu. Od 1988 roku jest wykładowcą  Akademii Muzycznej  i UAM, a od 1996 również  redaktorem naczelnym Radia Obywatelskiego. W swoim dorobku ma liczne kreacje teatralne, zagrał m. in. Wacława w „Zemście” A. Fredry, tytułową rolę we „Łgarzu” Corneille’a, Witolda w „Pornografii” W. Gombrowicza. Ostatnio można go zobaczyć  w roli Capulettiego w „Romeo i Julii”  W. Szekspira, Koczkariewa w „Ożenku” M. Gogola oraz  w spektaklu „Sześć postaci szuka autora”, gdzie wciela się w Ojca. Otrzymał honorowe odznaki m. in. Radia i TV oraz Tysiąclecia, a także  nagrody Wydziału Kultury Gdańska i Poznania.Pasjonuje się poezją, górami i podróżami, na które niestety brakuje mu wolnych chwil. Harmonia w łączeniu różnych zajęć jest jego największym sukcesem. Najwyżej ceni prawdę, bezinteresowną pomoc potrzebującym oraz pokorę wobec drugich. Jego ulubionym bohaterem literackim jest Kmicic, lubi twórczość Cortazara i Różewicza, kuchnię chińską, muzykę Bacha i dźwięk skrzypiec.

Reklama