blog background
 
Jelonek w podróży: Portugalia po studencku
portugalia, erasmus, covilha, studia, uam, zagranica, erasmus+, wymiana, studenci, studencki, wakacje, podróże, podróżowanie, tanie,tanio, wyjazd, erasmusi, universidad da beira interior, portugal, travels, esn, erasmus students network, studia za granicą
metka_epoznan
Dostęp do internetu prawem człowieka? Internet w Portugalii
ok
2
not ok
2
liczba odsłon: 607

„Dostęp do internetu jednym z praw człowieka”. Brzmi to trochę jak żądanie osób uzależnionych od podłączenia do sieci. Jednak ONZ już kilka lat temu uznała dostęp do internetu za niezbędny do tego stopnia, że ogłosiła go jednym z praw człowieka. Rezolucja ONZ, która została poparta przez wszystkich członków Rady Praw Człowieka ONZ budzi sporo kontrowersji. Za głosowały nawet Chiny i Kuba, znane z tzw. państwowego „firewall’a”… Ale taki zapis istnieje.

Biorąc pod uwagę fakt, że w naszym codziennym życiu internet jest niezbędny (naszym – mam na myśli perspektywę mieszkańca Europy, gdzie znaczną część spraw załatwia się siedząc przed komputerem – od wysłania CV ubiegając się o pracę, przez bankowość elektroniczną, po sprawy urzędowe), nie mam wątpliwości, że czasami bez niego ani rusz. Szczególnie jeśli chodzi o studia – przypomnę, że słynne zielone książeczki odeszły już do lamusa i teraz wpisy dostajemy nie do indeksu, a do wirtualnego systemu USOS.

Niestety dostęp do internetu w portugalskiej Covilhii nie był ani łatwy, ani tani. Wydawać by się mogło, że dostęp do sieci w Europie (ba, Europie Zachodniej, w kraju, który od lat 80. jest w Unii Europejskiej) będzie łatwy i szybki, a jego ceny nie będą wyższe niż w Hiszpanii (bo tam mimo wspólnej waluty generalnie jest drożej – studiowałam tam i mam pewne porównanie).

Jesteśmy na studiach w Covilhii 5 miesięcy, więc branie jakiejkolwiek umowy na minimum rok byłoby bez sensu. Postawiliśmy więc na internet pre-paid (czyli taki, który doładowuje się jak telefon na kartę), którego ceny… powalają na kolana.

Sieć domowa

Do wyboru mieliśmy trzy sieci – Vodafone, NOS i MEO – inne niestety zazwyczaj nie mają zasięgu w naszych cudownych górach Serra da Estrela. Przed brakiem sieci w naszym „zadupiu” ostrzegali nas miejscowi studenci. Na stronach operatorów znaleźliśmy informacje potwierdzające ten nieszczęsny fakt...

Wszystkie trzy wymienione wyżej sieci w opcji pre-paid kasują… 15 euro za 15 dni/15 GB! Jeżeli zużyjemy transfer wcześniej, cena ponownego doładowania jest taka sama. Jeżeli w 15 dni nie zużyjemy naszych 15GB, niestety gigabajty przepadają… Drugą opcją (rodem z lat 2000 i czasów Neostrady w Polsce) jest kupno internetu na godziny. W ostatecznym rozrachunku korzystanie z tej opcji wychodzi drożej pójście do kawiarenki internetowej. Dodajmy do tego 40 euro za router (koniecznie danej sieci, bo inny nie będzie nam działał – choć są tacy, którzy twierdzą, że można to obejść, gdy pokombinujemy w sprzęcie) i tak niby banalna rzecz, jak dostęp do internetu zaczyna sprawiać, że w naszym studenckim portfelu zaczyna hulać wiatr...

Podobno istnieje opcja zdjęcia swoistego „sim locka” z routera, ale totalnie się na tym nie znam… wiec jeżeli ktoś z Was wybiera się na dłuższy pobyt na obczyźnie, warto sprawdzić, czy ktoś nie ma takich technicznych zdolności lub odkupić używany router sieci zagranicznej.

Internet uczelniany, czyli Eduroam

Eduroam to internet uniwersytecki. UBI niestety nie stanął na wysokości zadania, bo wszystkim Erasmusom dali dostęp tylko na miesiąc (bardzo nieserdecznie pozdrawiam genialnych pomysłodawców). Po tym czasie trzeba było wykonać serię dodatkowych logowań do sieci z nowymi hasłami i kodami dostępu, które niestety większości z nas nie działały… Gdy nowe dane logowania nam nie działają, trzeba przejść kolejną biurokratyczną batalię: najpierw zgłosić się do International Office (uczelniane biuro dla studentów zagranicznych) i poprosić o odgórny reset hasła. Zazwyczaj to nic nie daje, więc z papierowym świstkiem jesteśmy odsyłani do Servisos Academicos (to taki uniwersytecki dział obsługi studenta, działa jak poczta – ba, nawet pracujące tam Panie ubrane są w takie „pocztowe” uniformy. Przy wejściu bierze się numerek i czeka na obsługę w konkretnej sprawie, czy to opłat za studia, w sprawie dokumentów, poprawek, czy też haseł do internetu). Niestety, tak samo jak w International Office, nikt tam nie mówi po angielsku. Na szczęście jedna z Pań (najstarsza) jest na tyle miła, że zawsze próbuje się dogadać, chociażby korzystając z pomocy Google Translate. Pozostałe (niestety) są opryskliwe i sprawiają wrażenie osób, które pracują tu za karę… Gdy w końcu się dogadamy, dostajemy kolejny świstek, z którym tym razem musimy się udać do pomocy technicznej, aby tam panowie zdziałali coś z naszym komputerem. Do Pana od pomocy technicznej zazwyczaj czeka tłum ludzi, więc próba dostania się do niego na przerwie jest zupełnie bez sensu. Po 40 min czekania w kolejce, gdy wreszcie uda nam się wejść do niewielkiej kanciapki okazuje się, że i tutaj Pan nie mówi po angielsku. Na szczęście ma obcykane ustawienia chyba w większości języków (połowa z czekających na internetową pomoc, to Erasmusi), bo klikał we wszelkie wyskakujące okienka (w języku polskim) tak szybko, że nawet nie zdążyłam przeczytać, co było tam napisane. W każdym razie – dostęp do uniwersyteckiego internetu zrobił mi w 10 sekund. J Wyglądało to wszystko, jakby tłum ludzi czekał do lekarza cudotwórcy. Przed wejściem do kanciapy stali smutni ludzie, po wyjściu prawie skakali ze szczęścia. To chyba znak naszych czasów…

Internet w telefonie

Zazwyczaj Erasmus Student Network, czyli organizacja studencka, której zadaniem jest opiekowanie się studentami zagranicznymi, w tzw. welcome pack’u (paczce powitalnej), oprócz gadżetów uniwersyteckich rozdaje też startery (ESN dostaje je za darmo od sieci komórkowej, z którą podjęli współpracę).

Na kartę SIM sieci WTF czekaliśmy 2 tygodnie (powinniśmy dostać od mentorek kilka dni po przyjeździe). Nazwa sieci jest jak najbardziej adekwatna, bo za przeproszeniem, g… działa. Mojemu K. wcale nie chciała działać od początku (mimo zarejestrowania numeru – co jest w Portugalii obowiązkowe, nawet przy kartach pre-paid), mi działała całe 12 dni. Po tym czasie nie wiedzieć czemu  zablokowali mi kartę, twierdząc, że konto jest już nieważne. Mimo, ze zapłaciłam miliony monet, czyli 10,50 euro za miesiąc (w tym miejscu powinna się pojawić kolejna historia, jak daliśmy – nie tylko ja z K. – zrobić się w balona, ale o tym będzie dalej. Wyjaśnię tylko, że miesięcznie powinniśmy doładowywać konto za 8,55 euro, jednak w lutym, jak podkreślali wszyscy z ESN-u, trafiła nam się „super promocja”, bo doładowując konto za 10,50 euro, dostaliśmy 2,5 euro gratis, do wykorzystania na kolejny miesiąc).

Wracając do oferty, miała to być normalna karta pre-paid, bez żadnych umów itd. Płacąc 8,55 euro konto miało być ważne 30 dni, w cenie mamy nielimitowane sms-y, 500 min rozmów i 500 MB internetu. Luty chyba był miesiącem ofert, na które mają nabrać się Erasmusi, bo zamiast 500 MB w super promocji za pierwsze doładowanie miało być 5 GB internetu. O 5 GB gratis, których też nie dostałam, trzeba było się prosić w biurze operatora, gdzie sprzedawca (choć mówił po angielsku), właściwie olał to, co mówiłam. Owszem, zrobił mi internet, ale nie wyjaśnił sprawy ważności konta (więc nadal nie mogłam z niczego korzystać, nawet z extra gigabajtów). Mimo, iż pokazałam mu rachunek za doładowanie (tutaj doładowuje się konkretny numer w kiosku, więc nie ma opcji przekłamania) kazał mi zadzwonić na infolinię, gdzie podobno mieli mówić po angielsku. Przeszłam z 1000 „rozmów” z automatyczną sekretarką i wybieraniem numerów na klawiaturze telefonu (lubicie to, prawda?). Oczywiście wszystko było po portugalsku, więc jak zrozumiałam słowo „konsultant” chyba z 3 razy klikałam, żeby się z nim połączyć, bo system nie reagował. Sieć była przeładowana, więc czekałam jeszcze 3 min na połączenie (dodam, że dzwonienie na infolinię jest płatne). Koleś na szczęście mówił po angielsku, ale nie wiedzieć czemu, rozłączył się w trakcie rozmowy. Zadzwoniłam więc ponownie to tego cholernego biura, przebiłam się przez kolejne automatyczne sekretarki, które kazały mi wybierać Bóg wie co znaczące numery, oczekuję na połączenie z konsultantem – tym razem 4 min (a licznik w euro się kręci, bo połączenie jest płatne). Facet niby wszystko zrobił, wszystko miało być ok, ale dzień później wyłączyli mi ponownie telefon. BOSKO.

Kolejny raz musiałam się wybrać do sklepu operatora, gdzie średnio zainteresowany Pan miał w końcu ogarnąć moją kartę SIM. Tym razem on zadzwonił na infolinię, bo sam nie wiedział, co ma zmienić w systemie. Pół godziny – bez zbędnej przesady, z nudów zaczęliśmy oglądać razem mecz – czekał, aż ktoś na infolinii dla pracowników odbierze telefon i pomoże rozwiązać problem. Po kolejnych kilkunastu minutach mój telefon w końcu działał. Miałam swoje dodatkowe gigabajty i konto ważne miesiąc od „dzisiaj” (czyli dnia, kiedy w końcu rozwiązali problem z kartą), w ramach rekompensaty.

Niemiła niespodzianka wyszła 2 miesiące później. W związku z tym, że doładowywaliśmy z K. też nasz internet z Vodafone (router na komputery), odpuściliśmy sobie doładowywanie telefonów w kolejnym miesiącu (które w końcu bez promocji miały tylko 500 GB internetu). Telefony chcieliśmy doładować 2 miesiące później, kiedy wyruszaliśmy w podróż – a tu zaskok, bo operator życzy sobie od nas 18 euro! Za co? Też się zastanawialiśmy, Pani w kiosku nie wiedziała. W sklepie operatora dowiedzieliśmy się, że nasze karty są w opcji „doładowanie co miesiąc” – co oznacza, że działają jak karty MIX w Polsce, tylko, że bez umowy. Gdybyśmy chcieli dalej korzystać z karty, musielibyśmy zapłacić 18 euro za 2 pominięte miesiące (mimo, że z niej nie korzystałam) i 8,55 euro za kolejny miesiąc. Na koncie wciąż mieliśmy 5 euro z naszego poprzedniego doładowania, które – w naszym przypadku, bo w końcu zdecydowaliśmy się nie doładowywać ponownie karty – przepadały.

Niestety członkowie ESN-u „zapomnieli” nam powiedzieć, że wciskają nam karty, które mają pewien haczyk (na dodatek niezbyt popularny w innych sieciach, więc nawet do głowy mi nie przyszło, że może ona działać jak MIX, choć jest pre-paidem). Na sieci WTF ściełam się nie tylko ja z K., ale większość naszych znajomych z Polski, Rumunii, Hiszpanii czy Czech. Każdemu z nas na koniec przepadła kasa, około 5 euro od osoby – tak więc widzicie, jak bardzo nasze startery dostaliśmy „ZA DARMO”. W końcu nieświadomego obcokrajowca najłatwiej jest oszukać, co – z przykrością muszę to stwierdzić – Portugalczycy (ale pewnie nie tylko) lubią wykorzystywać.

 
WASZE KOMENTARZE
DODAJ KOMENTARZ | Jesteś niezalogowany, Twój nick będzie poprzedzony ~zaloguj | zarejestruj
Liczba znaków do wykorzystania: 1000
codeimgNie jesteś anonimowy, Twoje IP zapisujemy w naszej bazie danych. Dodając komentarz akceptujesz Regulamin Forum
Do poprawnego działania mechanizmu dodawania komentarzy wymagane jest włączenie obsługi ciasteczek.