blog background
 
Jelonek w podróży: Portugalia po studencku
portugalia, erasmus, covilha, studia, uam, zagranica, erasmus+, wymiana, studenci, studencki, wakacje, podróże, podróżowanie, tanie,tanio, wyjazd, erasmusi, universidad da beira interior, portugal, travels, esn, erasmus students network, studia za granicą
metka_epoznan
Poszukiwanie mieszkania w Portugalii
ok
4
not ok
2
liczba odsłon: 443

Poszukiwanie lokum w miejscowości Covilha okazało się być drogą przez mękę. W Madrycie znalezienie pokoju zajęło mi 3 dni – trzeciego dnia już się przeprowadzałam. Tutaj, w dużo mniejszym mieście, bagatelka TYDZIEŃ. Mówię o szukaniu na miejscu, bo generalnie poszukiwania pokoju zaczęliśmy już 2 miesiące przed wyjazdem. W internecie było sporo ofert, nawet całkiem atrakcyjnych. Niestety nasze maile pozostawały bez odzewu, zarówno te pisane po angielsku, jak i te kulawo tłumaczone przez Google translator na portugalski.

Przez pierwszy tydzień zatrzymaliśmy się na couchsurfingu u Brazylijczyków, którzy zaoferowali nam nocleg (Couchsurfing polega na tym, że ktoś za darmo oferuje Ci nocleg, w ramach przysługi, później ty możesz, ale nie musisz odwdzięczyć się tym samym). Przyznam szczerze, że są to najwspanialsi i najserdeczniejsi ludzie, jakich kiedykolwiek poznałam na couchsurfingu. Brazylijczycy ugościli nas jak własną rodzinę. Na dodatek są świetnymi ludźmi, bardzo otwartymi, radosnymi i z dobrym poczuciem humoru. Teraz są naszymi najlepszymi znajomymi w Covilhii. :)

Nie dość, że gościli nas, chcieli pokazać jak najwięcej brazylijskich dań (Sergio gotował codziennie coś specjalnego z Brazylii), to pomagali nam znaleźć mieszkanie i pokazali miasto. Pech chciał, że dzień po naszym przyjeździe  w Portugalii wypadało święto (ostatni dzień karnawału jest tutaj dniem wolnym od pracy). Wróciliśmy więc wieczorem do mieszkania Brazylijczyków, a nie mając pojęcia o wolnym kolejnego dnia, nie zrobiliśmy żadnych zakupów, sądząc, że będziemy mogli zrobić to rano. Tymczasem wszystkie sklepy w święta pozamykane są na 4 spusty. Tu dzień wolny jest święty (podobnie jak „lunch time” miedzy 13 a 14 każdego dnia – uwaga, nie nazywajcie tego siestą, bo Portugalczycy się za to obrażają!) i żaden właściciel sklepu w tym czasie nie sprzedaje. Gdyby w ten wolny dzień Brazylijczycy nie ugościli nas i nie nakarmili, jedyne co mogliśmy zjeść to żurek z proszku, który zabrałam ze sobą z Polski myśląc o Wielkanocy.

Przyznam, że oglądanie pokoi w Covilhii było emocjonujące. Pierwsze 20 ofert, które przewertowaliśmy okazały się być nieaktualne, niezgodne z opisem w ofercie (np.: 5 km dalej, niż podano na stronie) lub ich właściciele chcieli wynająć pokój tylko dziewczynie. Tak jak pisałam wcześniej, przyjechałam na studia z chłopakiem, więc potrzebne były nam dwa pokoje lub jeden z dwuosobowym łóżkiem (zakładaliśmy, że ta druga opcja będzie tańsza). Społeczeństwo w tej części Portugalii jest jednak bardzo konserwatywne i na wieść o parze chcącej zamieszkać razem, wszyscy właściciele łapali się za głowy lub odganiali się od nas niczym od ognia piekielnego. Byli też tacy, którzy zwęszyli biznes na Erasmusach i proponowali zamiast jednego pokoju, dwa - z podwójnymi łóżkami. Cóż, cztery miejsca nie były nam potrzebne, tak samo jak wydawanie dodatkowych pieniędzy.

Gdy już w końcu udało nam się umówić na jakieś spotkanie, najczęściej właściciele nie przychodzili. A to zapomniał, a to teraz zrobił sobie inne spotkanie i będzie za 5h, a to się zdrzemnął i nie chce mu się wychodzić z domu, bo pada deszcz… Jednocześnie żaden z nich nie raczył wysłać sms-a, maila lub zadzwonić, żeby przełożyć czy odwołać spotkanie. Nie żartuję, takie podejście mają tu wynajmujący pokoje, wszystko na chilloucie. Nie ważne, że ty pędzisz zobaczyć pokój z drugiego końca miasta. W deszczu. Tracąc czas, który mógłbyś poświęcić na oglądanie innych pokoi. Niestety nie był to jednostkowy przypadek, bo takich nieprzyjemnych akcji było więcej niż pięć… później przestałam liczyć.

Wracając do mieszkań, niektóre oferty były naprawdę zniewalające i nie mogę nie podzielić się z Wami zdjęciami tych kwiatków. Oto luksusowa kawalerka z łazienką metr od łóżka. W sam raz dla kogoś „lubiącego zachlać pałę”. Wrażenia zapachowe niezapomniane.

 

Kolejne pokoje to miejsca zamieszkania istnych koneserów sztuki. Na każdej ścianie widniał naturalnie wykonany obraz pt.: „Grzybobranie”. Są też tacy, którzy z grzyba faktycznie potrafią zrobić sztukę – tutaj grzyb przerobiony na mapę bliżej nieokreślonego świata.


P.S.: Dla tych, którzy lubią coś obejrzeć - grzyb na ścianie w wykonaniu Kiepskich (szczerze nie znoszę tego serialu, ale ten odcinek jakoś zapadł mi w pamięć). Czasem mam wrażenie, że mieszkańcy Covilhii traktują grzyba dokładnie tak samo. 
Link tutaj: http://vk.com/video124803283_169140652

Kolejne mieszkanie przypominało raczej kamienicę zajętą przez kloszardów. Z zewnątrz kamienica faktycznie była piękna, wyłożona azulejos (to biało-niebieskie kafelki, typowe dla portugalskiej architektury). Właściciel przed wejściem do mieszkania ostrzegł nas tylko, że mieszka w tu aktualnie 5 chłopaków, więc nie wie, jak ono wygląda, bo kupił je miesiąc temu i pozwolił im w dalszym ciągu wynajmować mieszkanie. Gdy otworzył drzwi uderzył nas smród palonego zielska. Mam wrażenie, że mieszkańcy jarali go tak dużo, że przesiąknęło nim całe mieszkanie. Dywany leżące w korytarzu przypominały kupkę błota, na dodatek chyba wymieszanego z psim łajnem, w które któryś z czyścioszków zapewne wcześniej wdepnął. Pokój do wynajęcia był nawet niczego sobie, poza tym, że ściany zdobił grzyb, a supernowoczesne okna plastikowe zamontowane były na czystym kamieniu (w Covilhii wszystkie domy zbudowane są z kamienia, cegieł raczej się tu nie uraczy), bez żadnej izolacji, doklejone jakąś papą. Montował je zapewne jakiś przedszkolak. Albo typowy Portugalczyk. Kolejne części mieszkania były jeszcze ciekawsze. Kuchnia zawalona była butelkami i puszkami po alkoholu, brudnymi naczyniami i garami z przypalonymi resztkami jedzenia, które zaczynały żyć własnym życiem. Kuchenka była oblepiona centymetrową warstwą przypalonego i zaschniętego sosu pomidorowego (lub inną czerwoną mazią). O podłodze nawet nie wspomnę, bo tam rozwijała się już nowa cywilizacja, nawet chodniki w Covilhii są czystsze. W życiu nie widziałam takiego syfu, choć zdarzało mi się spać w podróży w różnych miejscach. W tym momencie Sergio (Brazylijczyk, u którego spaliśmy na couchsurfingu) chciał zrobić zdjęcie, ale właściciel stanowczo się temu sprzeciwił. Szkoda, bo zdjęcie mieszkania z oferty w internecie wyglądało zgoła inaczej. Jedna z dwóch łazienek znajdowała się zaraz za kuchnią. Weszłam tylko na chwilę, gdyż łoniaki w umywalce skutecznie mnie z niej wypędziły. Ostatnią częścią mieszkania był balkon, z (tym razem faktycznie) pięknym widokiem na góry Serra da Estrela. Hitem było to, że na każdy mankament mieszkania właściciel reagował słowami „zobaczcie jaki piękny widok mamy za oknem, jak w 4-gwiazdkowym hotelu. Za taką cenę nic, tylko brać!”. Na balkonie leżał też stary materac, mówiąc wprost, zaszczany i śmierdzący. Ciekawe czy to miejsce urzędowania jednego z trolli… stereotypowi studenci pełną gębą. Szybko wymknęliśmy się z tego grajdołu, tym razem nie mówiąc „do zobaczenia”.

Później znowu oglądaliśmy pokój w kamienicy. Tym razem czysty, zamieszkany przez same dziewczyny, ale ponownie zagrzybiały, z nowym oknem wstawionym na gołą, kamienną ścianę. Była też jedna z lokatorek, która przypominała kostkę lodu. Dziewczyna opatuliła się w dresy, koc i ciepłe kapcie, a na moje pytanie jak się mieszka odpowiedziała: „I won’t lie, it’s fucking cold”. W moim odczuciu w mieszkaniu było podobnie jak na dworze, czyli jakieś 10 stopni. Zresztą taka sama temperatura panowała w mieszkaniu Brazylijczyków, którzy gościli nas na couchsurfingu. Ich termometr wskazywał 10-12 stopni Celsjusza…

Tak naprawdę w Portugalii jest ogromny problem z grzybem na ścianach i ogrzewaniem. Nie wiem, czy nieogrzewanie mieszkań, które później są zawilgocone faktycznie im się opłaca. Tutaj praktycznie w żadnym domu nie ma ogrzewania, niekiedy (choć też jest to rzadkość) jest ono montowane w nowym budownictwie. W związku z tym wszystkie mieszkania są zawilgocone i zagrzybiałe, a ich właściciele dogrzewają się popularnymi elektrycznymi farelkami. Jak to się kalkuluje okaże się, gdy dostaniemy rachunki, bo ostatecznie także musimy się w ten sposób dogrzewać.

W innym, całkiem ładnym mieszkaniu (bez grzyba) właściciel zaśpiewał 150 euro za podłączenie wody… To prawie połowa miesięcznego czynszu, więc nie zdecydowaliśmy się na nie. Pokoje jednoosobowe kosztują tu średnio 150-200 euro/miesiąc bez rachunków, kawalerki około 300 euro. 150 euro kosztuje też akademik, zagrzybiały, przerobiony z fabryki(tak jak uniwersytet, ale o tym innym razem), często bez działającego ogrzewania i z okazjonalnie występującą ciepłą wodą. Na dodatek każde pranie to koszt 4 euro (pralki i suszarki są na żetony). Kiepski biznes, dlatego od razu zdecydowaliśmy się szukać pokoju/mieszkania. Niektórzy nasi znajomi wyprowadzili się z akademika po miesiącu.
Przykłady beznadziejnych mieszkań mogę mnożyć, ale ten post i tak jest już za długi.

Nasze mieszkanie, a właściwie kawalerkę (nazywaną tutaj T0) znaleźliśmy przez pośredniczkę nieruchomości, która ma swoje biuro niedaleko naszego uniwersytetu. Kawalerka jest nowa, ale gdy ją oglądaliśmy wciąż nie było w niej wody i prądu oraz wyposażenia kuchennego, a także… podwójnego łóżka. Właściciel zobowiązał się wszystko ogarnąć w ciągu 2 dni, łącznie z garnkami i nowym łóżkiem dla 2 osób. Mieszkanie było brudne po remoncie, pełne pyłu (którego nie znosi każdy, kto kiedykolwiek robił remont w domu). 2 dni później, kiedy podpisaliśmy już umowę i wpłaciliśmy kaucję okazało się… że nadal nie ma wody. Mieszkanie miało być czyste, ale niestety nadal wszystko pokrywała warstwa pyłu. Na dodatek na ten brud nasz genialny właściciel wstawił nową sofę. Okazało się, że facet dostał karę za niepłacenie rachunków i woda jest odcięta do momentu uregulowania należności. Podobno zapłacił rachunek dzień wcześniej, ale wody ani kropli… Następnego dnia sąsiad okazał się być sprytniejszy niż właściciel i po prostu odkręcił zawór w piwnicy, bo woda faktycznie była już w kranach dzień wcześniej, zaraz po opłaceniu kary. Nikt jednak nie wpadł na to, aby odkręcić zawór…

Po całym dniu sprzątania przyszedł czas na rozłożenie naszej sofy. Tu pojawił się kolejny psikus… sofa się nie rozkładała. Trudno uwierzyć w tę serię niefortunnych zdarzeń? Mi również, chociaż kiedy o tym piszę nie wydaje mi się to aż tak kuriozalne. Kolejną nockę jakoś przekoczowaliśmy, właściwie nie wierząc, że można mieć aż takiego pecha. W niedzielę (wiem, to nieludzkie, ale nie mieliśmy na czym spać) zadzwoniłam do naszej pośredniczki. W naszym domu miał zjawić się ktoś, kto rozwiąże problem z sofą. Wieczorem przyszła do nas żona właściciela (serdeczna Pani Amelia, która cały czas nam pomaga i jest przeogromnie kochana! Nazywamy ją teraz babcią Amelią) i ze smutkiem stwierdziła, że sofa nie działa. Wróciła jednak po jakieś godzinie i… cud! Okazało się, że właściciel kupił sofę w promocji i delikatnie rzecz ujmując… ciężko chodzi. Aby ją rozłożyć dwie osoby muszą trzymać zagłówki sofy, a trzecia z całej siły pociągnąć ją do góry… dobra rada babci Amelii brzmiała: „lepiej jej nie składajcie, bo nie wiadomo, czy później zadziała…".

Na szczęście w końcu, po wielu przebojach mogliśmy zasnąć we własnym wyrze. Lokum szukaliśmy tydzień, kolejny tydzień trwało podłączanie w nim wody, załatwianie sofy itd. Lubię życie koczownika, ale czasem bywa ono męczące. ;)

 
WASZE KOMENTARZE[1]
avatarportugalia_po_studencku: A tak poza tym, dziś przywędrowały do nas mrówki... ktoś ma jakieś sprawdzone domowe sposoby na pozbycie się tych niechcianych gości?
dodano: Środa, 2016.03.23 01:44
ok
2
not ok
2
odpowiedz|usuń
~Autor: Niestety nasze maile pozostawały bez odzewu, zarówno te pisane po angielsku, jak i te kulawo tłumaczone przez Google translator na portugalski.
Podejrzewam, że ma to związek z tym, że Portugalczycy (zwłaszcza w małych miastach) średnio znają angielski (już prędzej dogadać się można po hiszpańsku), a maile tłumaczone google translatorem były zwyczajnie niezrozumiałe :)
dodano: Środa, 2016.03.23 11:17, IP:86.145.134.XXX
ok
2
not ok
0
odpowiedz|usuń
avatarportugalia_po_studencku: ~Autor: Podejrzewam, że ma to związek z tym, że Portugalczycy (zwłaszcza w małych miastach) średnio znają angielski (już prędzej dogadać się można po hiszpańs...
Na pewno coś w tym jest. Znam hiszpański i czasami łatwiej dogadać się tu po hiszpańsku niż po angielsku (choć generalnie w Covilhii nie jest tak źle ze znajomością angielskiego, przynajmniej porównując ją z Hiszpanią). Problem jedynie w tym, że u Portugalczyków niechęć do Hiszpanów jest tak silnie zakorzeniona, że lepiej już mówić do tubylców w jakimkolwiek innym języku (np.: po francusku), niż po hiszpańsku, który owszem, rozumieją, ale po prostu nie chcą go używać. Są tacy, którzy obrażają się za to, że ktoś zwraca się do nich po hiszpańsku. Nie jest to jednak regułą, bo często hiszpański mi się przydaje, nawet gdy kupowałam ser u gospodarza. :) Z czasem biznes po prostu wygrywa z niechęcią ;)
dodano: Czwartek, 2016.03.24 04:03
ok
2
not ok
0
odpowiedz|usuń
DODAJ KOMENTARZ | Jesteś niezalogowany, Twój nick będzie poprzedzony ~zaloguj | zarejestruj
Liczba znaków do wykorzystania: 1000
codeimgNie jesteś anonimowy, Twoje IP zapisujemy w naszej bazie danych. Dodając komentarz akceptujesz Regulamin Forum
Do poprawnego działania mechanizmu dodawania komentarzy wymagane jest włączenie obsługi ciasteczek.